20 października 2026
Aktywne wulkany, ciepłe morze, włoska kuchnia i krajobraz Wysp Liparyjskich, który potrafi zmieniać się z każdą kolejną milą — trudno o lepsze okoliczności na tygodniowy rejs. Każda z wysp ma inny charakter. Jedna pachnie siarką, druga przyciąga zielenią, kolejna skalistymi zatokami, a nad jeszcze inną cały czas unosi się wulkaniczny dym.
Nasza podróż rozpoczęła się na Sycylii. To właśnie tutaj, według mitologii, we wnętrzu Etny znajduje się kuźnia Hefajstosa. Podobno kiedy unosi się dym z wulkanu, to znak, że Bóg Ognia zaczyna swoją pracę. Mitologia mitologią, niemniej wulkan także dzisiaj potrafi przypomnieć o swojej obecności. Erupcje są powodem częstych przerw w działaniu lotniska w Katanii. Dlatego nasza załoga lądowała w Palermo, które zazwyczaj znajduje się po nawietrznej stronie Etny.
Lądowaliśmy już w czwartek wieczorem, a piątek chcieliśmy wykorzystać na zwiedzanie Palermo, stolicy wyspy. Po wylądowaniu spotkało nas rozczarowanie — zamówiony w hotelu bus, nie zjawił się po nas. Nie był opłacony, więc straciliśmy tylko czas. Jak się później okazało, transport jeszcze kilka razy miał być podczas tego wyjazdu źródłem problemów.
Płyniemy komfortowym, sportowym jachtem typu More 55. Zwiedzimy Anconę, Pulę, Wenecję oraz inne porty Chorwacji i Włoch.
Palermo jest miastem, w którym historia nie daje o sobie zapomnieć. Na jednej ulicy można zobaczyć monumentalny teatr, chwilę później wejść pomiędzy barokowe pałace, a kilkaset metrów dalej znaleźć ślady wpływów arabskich i normańskich. Miasto powstało już w starożytności. Położenie wyspy pomiędzy Europą a Afryką spowodowało, że przez lata kwitł tu handel, a wielu władców walczyło o panowanie w regionie.
Mieszkaliśmy w centrum, skąd mieliśmy 400 metrów pieszo do pierwszej atrakcji — Teatro Massimo, największego teatru operowego we Włoszech. Nie udało nam się wejść do środka, ponieważ trwały przygotowania do spektaklu. Już samo otoczenie budynku pokazuje, że Palermo nie jest spokojnym muzeum pod gołym niebem. Wokół toczy się normalne życie, przejeżdżają skutery, w kawiarniach siedzą mieszkańcy i turyści, a główne ulice przez większość dnia są pełne ludzi.
Spacerując Via Maqueda, po paru minutach znaleźliśmy się na Quattro Canti — XVII-wiecznym placu dzielącym miasto na cztery dzielnice. Znajdują się tutaj barokowe pałace, a w każdym z nich elewacja zawiera te same elementy. Pierwszy poziom to rzeźby pór roku, drugi przedstawia hiszpańskich królów Sycylii, a trzeci — rzeźby patronek Palermo.
Tuż obok jest kościół San Giuseppe dei Teatini. Wstęp kosztuje 3 EUR, bez wstępu na dach. Jest to XVII-wieczny kościół z bogato zdobionymi rzeźbami, majestatyczną fasadą oraz freskami. Warto tutaj zajrzeć, aby zobaczyć to wszystko, a także odpocząć od tłumów na ulicy.
Kilka kroków dalej stoi fontanna Pretoria, zaprojektowana w XVI wieku przez Francesco Camillianiego. Znajdują się na niej posągi przedstawiające nagich bogów oraz nimfy, dlatego miejsce to nazywane jest również „Placem Wstydu” („Piazza della Vergogna”).
Teatro Massimo — największy teatr operowy we Włoszech
San Giuseppe dei Teatini, kościół trójnawowy
Fontanna Pretoria
Fontanna Pretoria widziana z góry
Niedaleko niej można zwiedzić Kościół Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, zdobiony marmurem, freskami oraz sztukateriami. Bilety do obiektu dostępne są w trzech wariantach. Najtańszy, za 3 EUR, obejmuje wejście tylko do kościoła. Za 8 EUR można oprócz kościoła zwiedzić również klasztor, a za 10 EUR wejść dodatkowo na dach, z którego widać panoramę miasta oraz fontannę Pretoria.
Klasztor mieści piekarnię dominikanek, serwującą podobno najlepsze cannoli na Sycylii. Nie sprawdziliśmy tego, ponieważ kolejka była zbyt długa. Ten tradycyjny sycylijski deser miał jednak jeszcze wiele razy pojawić się podczas tego wyjazdu. Większość załogi przy każdej kolejnej okazji wybierała właśnie ten przysmak, więc z czasem można było już porównywać nadzienie, chrupkość ciasta i dodatki.
Dwa kroki dalej znaleźliśmy bizantyjski kościół Santa Maria dell'Ammiraglio, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ściany świątyni zdobią bogate mozaiki przedstawiające sceny religijne. Przez lata był rozbudowywany, przez co połączyły się tutaj style: normański, arabski i barokowy. Dobrze odzwierciedla to dzieje miasta Palermo. Wejście do środka kosztuje 3 EUR.
Naprzeciwko znajduje się kościół San Cataldo, będący zabytkiem architektury arabsko-normańskiej. Nie weszliśmy jednak do środka. Opłata za wejście wynosi 3 EUR.
Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej, okazały renesansowo-barokowy kompleks sakralny
Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej położony na Piazza Bellini
Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej — klasztor dominikanek
Kościół Santa Maria dell’Ammiraglio
Po kilku godzinach liczba zwiedzonych kościołów, pałaców i zabytków robi się naprawdę duża. Na szczęście Palermo ma też drugie oblicze — kawiarnie, bary i restauracje, w których można na chwilę zwolnić. Spacerując Via Vittorio Emanuele, usiedliśmy w Bar Liberty. Nie udało nam się zjeść cannoli u dominikanek, więc zamówiliśmy je tutaj. Dostaliśmy największe, jakie jedliśmy podczas całego wyjazdu.
Kontynuując spacer, dochodzimy do katedry, która również jest wpisana na listę UNESCO. W środku znajdują się grobowce królów Sycylii. Można również, za dodatkową opłatą, wejść na dach katedry, aby podziwiać panoramę miasta.
Niecałe 500 metrów dalej znajduje się Porta Nuova — barokowa brama z telamonami, witająca wkraczających do miasta. Zaraz przy niej stoi Pałac Normanów. Jest to najstarszy obiekt w Palermo, z pięknym dziedzińcem, ogrodem oraz Kaplicą Palatyńską ze złotymi mozaikami i arabskimi zdobieniami sufitu. W określone dni w pałacu obraduje sycylijski parlament i kompleks jest wtedy częściowo lub całkowicie zamknięty.
Warto również zajrzeć na Mercato di Ballarò, targ na którym można zaopatrzyć się w pamiątki, a także skosztować świeżych owoców morza lub innych specjałów kuchni włoskiej. Gdy tu dotarliśmy, wiele straganów już się zamykało.
Cannoli, popularny sycylijski deser
Katedra w Palermo
Porta Nuova — brama witająca każdego wkraczającego do centrum Palermo
Pałac Normanów (Palazzo dei Normanni) to symbol potęgi i splendoru Palermo
Targ Mercato di Ballarò
Tego dnia do portu przypłynął duży statek wycieczkowy. Liczne grupy pokonywały tę samą trasę co my, ale w przeciwnym kierunku. Dzięki temu właściwie przez cały dzień udawało nam się być o pół kroku przed największym tłumem.
Po dniu spędzonym na zwiedzaniu Palermo przyszedł czas na właściwą część wyjazdu. W sobotę rano ruszyliśmy busem zamówionym w firmie czarterowej do Portorosa. Kierowca spóźnił się ponad godzinę. Najwyraźniej nie mamy szczęścia do transportu podczas tego wyjazdu.
Nadchodzący tydzień spędzimy na katamaranie Bali 4.6 „Enea”, o długości 13,6 m, szerokości 7,6 m i zanurzeniu 1,2 m, wyczarterowanym w Aladar Sail, czekającym na nas w Marina di Portorosa. W porcie są dobrze wyposażone markety, w których można spokojnie zaopatrzyć się na cały rejs.
Jacht był dla nas gotowy o godzinie 16:00. Dziesięcioosobowa załoga komfortowo rozgościła się na pokładzie. Katamaran daje dużo przestrzeni i przy takiej liczbie osób ma to ogromne znaczenie. Jedni mogą siedzieć na dziobie, inni w kokpicie, ktoś przygotowuje jedzenie, a ktoś inny po prostu szuka sobie spokojnego miejsca z widokiem na morze.
Marina di Portorosa
Portorosa — dużo jachtów do wyczarterowania
Marina posiada kanały niczym w Wenecji
Marinello — rezerwat przyrody
Wypłynęliśmy jeszcze tego samego dnia. Pierwsze wyjście z portu zawsze ma w sobie coś szczególnego. Kończą się zakupy, przekładanie bagaży i formalności. W pewnym momencie marina zostaje za rufą i zaczyna się rejs.
Stanęliśmy na kotwicy przy rezerwacie przyrody Marinello, 2 mile morskie od Portorosa. Przez całą noc wokół nas krążyły burze, ale na nas deszcz nie spadł. Błyski na horyzoncie przypominały, że pogoda w tym rejonie potrafi szybko się zmienić.
Pierwszą z Wysp Liparyjskich na naszej trasie było Vulcano. Już sama nazwa wyspy dobrze pasuje do krajobrazu. Ciemne skały, zbocza krateru, fumarole i unoszący się w wielu miejscach charakterystyczny zapach siarki szybko przypominają, że znajdujemy się na terenie aktywnym wulkanicznie. Według greckiej mitologii na wyspie Vulcano mieszkał bóg wiatrów Eol, stąd też wszystkie sąsiednie wyspy nazywa się Eolskimi. Tego dnia Eol nie był jednak zbyt hojny. Wiatru praktycznie nie było, dlatego trasę z Sycylii na Vulcano pokonaliśmy na silniku.
Na horyzoncie dostrzegaliśmy wiele pojedynczych chmur deszczowych. Widzialność była ograniczona, temperatura przekraczała 25 stopni Celsjusza, a od czasu do czasu czuliśmy na sobie pojedyncze krople deszczu. Nie była to typowa pocztówkowa pogoda, ale pochmurne niebo pasowało do wulkanicznego krajobrazu wyspy.
Postanowiliśmy zatrzymać się w Porto Levante. Miejsce zarezerwowaliśmy telefonicznie. Alternatywą są boje cumownicze znajdujące się w odległości 0,5 Mm lub postój na kotwicowisku znajdującym się w północnej części zatoki. Za postój katamaranem zapłaciliśmy 250 EUR. W cenie są prąd i woda. Dodatkowo można wykupić żetony na prysznice.
Dzień był pochmurny, ale nie przeszkodziło nam to w eksplorowaniu wyspy. Tylko trzy osoby zdecydowały się na wejście na wulkan. Przy szlaku prowadzącym na górę znajduje się sygnalizacja świetlna. Kiedy miga czerwone światło, nie wolno wchodzić. Gdy świeci się zielone, wejście jest dozwolone. Nie są pobierane żadne opłaty za wejście. Sam widok takiego systemu przy szlaku uzmysławia, że Vulcano nie jest zwyczajnym punktem widokowym. Tutaj natura cały czas ma do powiedzenia ostatnie słowo.
Wyziewy siarki z Vulcano widziane na horyzoncie
Vulcano — widok na miasto
Marina Vulcano z pływającymi pomostami
Inną atrakcją na wyspie są wulkaniczne kąpiele błotne. Wejście kosztuje 5 EUR. Warto zabrać starsze stroje kąpielowe, ponieważ bardzo ciężko jest je później doprać i długo utrzymuje się na nich charakterystyczny zapach. Zaraz obok znajduje się plaża, przy której z dna morza wydostają się pęcherzyki gazu. Woda wygląda miejscami jak naturalne jacuzzi. Trzeba jednak zachować ostrożność i nie wpływać w obszary odgrodzone bojami, gdzie emisja gazów jest największa.
Wieczorem wybraliśmy się do 9852 Vulcano Home Restaurant, gdzie obsługiwał nas miły starszy Włoch. Ryby i owoce morza były bardzo dobre. Po całym dniu spędzonym pomiędzy wulkanem, siarką i morzem takie kolacje są jednym z najlepszych elementów rejsu. Nikt się już nie spieszy, można usiąść przy stole, porozmawiać i sprawdzić prognozę na kolejny dzień.
W nocy znów było widać błyski piorunów na horyzoncie. Rano zdecydowałem się pobiec na wulkan, aby zobaczyć wschód słońca. Sygnalizacja przy wejściu była wyłączona. Nie byłem jedyną osobą, która tego dnia zdecydowała się na podziwianie porannego spektaklu. Dla takich chwil warto wstać wcześniej. Wyspa jeszcze śpi, temperatura jest niższa, na szlaku jest niewiele osób, a pierwsze promienie powoli wydobywają z ciemności kolejne wyspy archipelagu.
Kąpiel błotna na Vulcano
Furmanole — wyziewy siarki
Wschód słońca na wulkanie
Naturalne jacuzzi
W poniedziałek mieliśmy przed sobą krótki przelot, z towarzyszącym nam słabym wiatrem, ale wiejącym z korzystnego kierunku. Około 40 minut po odejściu od nabrzeża postawiliśmy żagle i wolno płynęliśmy w stronę Panarei. Po odstawieniu silnika cisza jest natychmiast odczuwalna. Zostaje szum wody, odgłos żagli i rozmowy na pokładzie. Właśnie dla takich chwil człowiek przyjeżdża na rejs. Po drodze zrobiliśmy postój na kąpiel przy Grota Carbone, która znajduje się na małej wyspie Basiluzzo.
Panarea ma zupełnie inny charakter niż Vulcano. Jest bardziej elegancka, uporządkowana i wyraźnie droższa. To ulubiona wyspa włoskich elit, dlatego ceny w hotelach czy restauracjach są tutaj wyższe. Zatoka, w której zaplanowałem postój na noc okazała się mocno zatłoczona, więc stanęliśmy nieco dalej od brzegu. Kotwicę rzuciliśmy na głębokości 13 metrów. Na jachcie było tylko 50 metrów łańcucha, więc cały został wydany. W publikacjach często można znaleźć informację, że należy wydać trzy do pięciu razy więcej łańcucha, niż wynosi głębokość. Na nocne postoje zawsze staram się mnożyć głębokość razy cztery lub pięć, aby móc spokojnie stać do rana. Tego dnia nie schodziłem na ląd.
Każdy postój na kotwicy większość załogi wykorzystywała na kąpiele w ciepłym morzu. Przez cały rejs przyrządy pokładowe wskazywały temperaturę morza pomiędzy 26 a 27 stopni Celsjusza. Przy takiej temperaturze wejście do wody nie wymaga żadnego zastanawiania się. Wystarczy zatrzymać jacht, sprawdzić miejsce i chwilę później połowa załogi jest już w wodzie. Dla bezpieczeństwa na rejsy po ciepłych morzach zawsze zabieram ze sobą dmuchaną, pomarańczową bojkę, tzw. „pamelkę”. Łatwo ją zapakować, nie zajmuje dużo miejsca, a znacząco zwiększa bezpieczeństwo podczas takich kąpieli.
Wieczór był spokojny, ale tylko na początku. Pisząc ten tekst, mogę śmiało stwierdzić, że była to najtrudniejsza noc podczas całego rejsu. Było bardzo ciepło i nie dało się spać pod pokładem. Nie uruchamialiśmy klimatyzacji na jachcie. Między 22:00 a 1:00 wiatr kilka razy zmieniał kierunek, ale porywy dochodziły tylko do 12 węzłów. Jachty kręciły się w każdą stronę. Dwie jednostki w tym czasie podnosiły kotwice, aby przestawić się w bezpieczniejsze miejsce. Potem nastała cisza.
Około godziny 3:00 pojawiła się na horyzoncie pierwsza burza. Deszcz znów nas ominął, ale wiatr już nie. Zdryfowało nasz jacht, ale zanim uruchomiłem silniki, kotwica ponownie złapała i zaczęła nas trzymać. Dwa inne jachty nie miały takiego szczęścia i musiały się przestawić. Z innego kotwicowiska wywiało dwie łodzie, które nocą szukały bezpieczniejszego miejsca.
Znów chwila spokoju. Spojrzałem na radar pogodowy i zobaczyłem, że zbliża się burza, dlatego przygotowałem sobie sztormiak. Uderzenie przyszło po godzinie 4:00. Kilka szkwałów osiągnęło 20 węzłów. Załączyłem silniki, ale po zdryfowaniu paru metrów kotwica ponownie złapała i nie trzeba było jej podnosić. Wiatr wiał od brzegu, w stronę otwartego morza, więc inne jachty, które się nie utrzymały, mogły podnieść kotwice i „spokojnie” wrócić w stronę brzegu. Towarzyszyła nam ulewa, więc sztormiak się przydał.
Panarea na horyzoncie
Zachód słońca przed najtrudniejszą nocą
Po wschodzie słońca wszystko wygląda lepiej
Jachty, które przetrwały trudną noc na kotwicowisku
Rano wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Powitał nas piękny wschód słońca, a ciepłe promienie szybko wysuszyły pokład i ubrania. Morze potrafi zmienić swój charakter w mgnieniu oka. W nocy człowiek obserwuje wiatr, kotwicę i kolejne burze, a kilka godzin później siedzi z kawą w ręku i patrzy na spokojną zatokę.
Kiedy załoga wstała, chciałem uruchomić odsalarkę, aby uzupełnić wodę. Pojawiły się jednak problemy z jej pracą. Ja walczyłem z produkcją wody, a inni wykorzystali czas na kąpiel w morzu.
Podpłynął do nas rybak i zaoferował świeży towar. Zdecydowaliśmy się na tuńczyka. Duży kawał ryby kosztował nas 300 euro. Na naszych oczach Włoch ją wypatroszył i przygotował filety, z których później załoga przygotowała aż trzy przepyszne posiłki.
Nowy dzień znów pozwolił nam postawić żagle i rozpocząć leniwą żeglugę w stronę Stromboli. Dym unoszący się nad Stromboli było widać z daleka. Im bliżej wyspy, tym bardziej wulkan dominował nad krajobrazem. Nie ma wątpliwości, co jest głównym symbolem tego miejsca.
Cały czas próbuję odsalać wodę. Nie ma znaczenia, czy stoję na kotwicy, czy płynę. Odsalarka nie działa prawidłowo, jest problem ze zbyt niskim ciśnieniem na dopływie wody morskiej. Z trybu automatycznego przeszedłem na ręczne sterowanie ciśnieniem, ale niewiele to pomaga. Kontaktujemy się z technikiem przez komunikator. Aladar Sail dla każdego tygodnia czarterowego tworzy grupę, w której znajdują się wszyscy skipperzy z danego tygodnia oraz pracownicy firmy czarterowej. Bardzo ułatwia to kontakt. Można uzyskać od innych osób świeże informacje na temat warunków panujących w regionie oraz podpytać np. o cenę miejsca w marinie.
Dostaję poradę wraz ze zdjęciami, abym przeszedł na sterowanie ręczne, czyli dokładnie to, co wcześniej sam wymyśliłem. Odsalarka zainstalowana na jachcie powinna wytwarzać do 200 litrów słodkiej wody na godzinę. Mi uzupełnienie 500 litrów zajmuje ponad pięć godzin, przy czym silnik główny musi pracować na 2000 obrotów. Na rynku dostępne są dużo lepsze rozwiązania. Mimo że do celu pchają nas żagle, silnik cały czas ryczy w tle. Po nieprzespanej nocy jest to męcząca żegluga.
Przy Stromboli znajduje się kotwicowisko oraz pole z bojami. Załoga decyduje się na bojkę. Dla naszego katamaranu koszt postoju wynosi 250 EUR, a w cenie są trzy transporty łodzią na brzeg do godziny 23:00.
Stromboli — z wulkanu od 2000 lat unosi się taki dym
Strome wulkaniczne zbocze Stromboli
Wulkaniczna plaża
Boje przy Stromboli
Chcieliśmy wejść na taras widokowy przy wulkanie, znajdujący się na wysokości niespełna 500 m n.p.m.. Można się tam dostać jedynie po wykupieniu wycieczki z przewodnikiem. Organizatorzy wypraw wymagają, aby uczestnicy byli wyposażeni w buty za kostkę. Jeśli ktoś ich nie posiada, może skorzystać z usług znajdującej się na miejscu wypożyczalni. Cena wycieczki wynosi 40 EUR. Dla nas jednak zabrakło już miejsc, a samodzielnie można podejść tylko na wysokość 290 m n.p.m.
Zdecydowałem się zejść do miasteczka, aby chwilę pospacerować. Po dwóch dniach spędzonych na wodzie nawet zwykły spacer po uliczkach wyspy jest miłą odmianą. Pod stopami wreszcie nic się nie rusza, a człowiek może przez chwilę przestać myśleć o wietrze, fali i kotwicy. Nie korzystaliśmy z lokalnych restauracji, ponieważ jacht wyposażony jest w grill, a świeży tuńczyk czekał. Zapach smażonych steków roznosił się tego wieczoru po sąsiednich jachtach.
Kościół Chiesa di San Bartolomeo Stromboli
Ogrody i centrum miasta w tle
Kościół San Vincenzo Ferreri
Tej nocy kierunek wiatru był inny od prognozowanego. Całą noc bujała nami fala nadchodząca od strony Sycylii, do tego stopnia, że dwa kubki i szklanka stojące w szafce potłukły się. Kolejna nieprzespana noc.
Pierwotny plan zakładał, że wstajemy o 3:00 i powoli opływamy wyspę, aby zobaczyć wyrzuty lawy o wschodzie słońca. Przy takim zafalowaniu wolałem jednak poczekać do rana, żeby uniknąć przykrych niespodzianek, do których mogłoby dojść w mroku. O godzinie 6:00 odpaliliśmy silniki i wraz z brzaskiem ruszyliśmy na obserwację wulkanu. Przywitał nas bardzo ładny wschód słońca.
Wyspa z latarnią na południowy wschód od Stromboli
Wypożyczalnia sprzętu turystycznego
Zachód słońca na Stromboli zasłonięty przez wulkan
Wschód słońca nad Sycylią
Wulkan dymi całą dobę
Poranne wyrzuty lawy
Wulkan Stromboli od ponad 2000 lat pozostaje w ciągłej aktywności erupcyjnej. Najlepiej obserwować go od północnej strony wyspy. Wyznaczona jest tam specjalna strefa, do której nie wolno wpływać, ponieważ większe erupcje wyrzucają materiał, który wpada do morza. Widok dymiącego wulkanu z pokładu jachtu jest jednym z tych obrazów, które zostają w pamięci znacznie dłużej niż kolejna marina czy plaża.
Po opłynięciu Stromboli stawiamy żagle, ale po godzinie wiatr znika i przechodzimy na silnik. Kierujemy się do portu Santa Marina na Salinie, ale po drodze ponownie odwiedzamy Panareę, aby się wykąpać. Kotwiczymy w zatoce Cala Junco. Przy okazji rezerwuję telefonicznie miejsce w porcie.
Wracamy też do zakupionej ryby — na stole pojawia się ceviche z tuńczyka, które po kąpieli smakuje wybornie. Po godzinie i trzydziestu minutach podnosimy kotwicę i ruszamy w stronę Saliny. Wiatr w porywach osiąga 4 węzły, więc przez resztę dnia płyniemy na silniku.
Salina już z daleka wygląda inaczej niż Vulcano czy Stromboli. Jest bardziej zielona, spokojniejsza i mniej surowa. Po kilku dniach oglądania wulkanicznych skał i ciemnych zboczy ta zmiana jest bardzo wyraźna. Przed wejściem do portu wywołuję obsługę na kanale 11 VHF. Wskazują nam miejsce postojowe i podają muringi. Za postój płacimy 263 EUR, a prysznice są dodatkowo płatne — 1 EUR za 5 minut. Trzeba mieć monety o nominale 1 euro.
Port i miasto Salina
Widok z portu Salina na Lipari
Etna widziana z Saliny
Port z muringami, wodą i prądem
Główki portu Salina
Pod wieczór marina była pełna. Może jeszcze jeden lub dwa jachty by się zmieściły. Wokół nas było bardzo dużo polskich załóg. Obiad jemy na jachcie — makaron z tuńczykiem. To był nasz ostatni posiłek z tą rybą. Był to zdecydowanie nasz najbardziej udany zakup podczas rejsu.
Po obiedzie wyszliśmy zwiedzić miejscowość oraz zjeść deser cannoli. W Gastronomia Rundo pani przygotowuje je na miejscu. Bardzo dobry ser oraz kawałek pomarańczy dodają smaku. Wyspa słynie też z kaparów. Miasteczko jest spokojne. Znajduje się tutaj kilka restauracji i kawiarni. Po kilku dniach rejsu człowiek zaczyna doceniać takie proste wieczory — spacer, deser, kawa i świadomość, że przez najbliższe kilka godzin nie trzeba nigdzie płynąć.
Salina utworzona jest z dwóch wulkanów, najwyższych w całym archipelagu, osiągających ponad 900 m n.p.m. Na horyzoncie obserwujemy Sycylię i Etnę, która teraz stoi spokojnie i niczego z siebie nie wyrzuca. Rano sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Po wyjściu z portu na horyzoncie widzimy wydobywajace się z niej kłęby dymu. Lotnisko w Katanii zostało zamknięte do soboty. Decyzja o przylocie do Palermo okazała się słuszna.
Plac centralny w Salina
Kościół Parrocchia di Maria Santissima Addolorata
Główna ulica w mieście
Ulice miasta po wschodzie słońca
Lipari jest największą wyspą archipelagu. Opłynęliśmy ją z każdej strony, aby w końcu do niej dobić. Czwartkowy poranek znów był bezwietrzny, dlatego płynęliśmy na silniku. Na pierwszy postój wybrałem miejsce, które nie jest oznaczone jako kotwicowisko, ale panowała zupełna flauta, a sąsiednie zatoki były już zajęte. Zachodnie wybrzeże, głębokość około 18 metrów, w okolicy skały, na które trzeba uważać.
Spędziliśmy tutaj 40 minut, aby się schłodzić. Ten dzień był ciepły — temperatura przekraczała 26 stopni. Potem ruszyliśmy dalej, do jednej z najbardziej fotografowanych formacji skalnych w tym regionie — Punto di Vista Faraglioni. Kotwicę rzuciliśmy pomiędzy brzegiem wyspy, a wystającymi z wody skałami, na głębokości 12 metrów.
Są tutaj dwa naturalne skalne mosty, pod którymi można płynąć wpław. Właśnie dla takich miejsc warto zwiedzać wyspy jachtem. Z punktu widokowego na lądzie jedynie zobaczylibyśmy skały. Z wody można podpłynąć w ich pobliże, rzucić kotwicę i po chwili kąpać się pomiędzy nimi. Należy jednak uważać na motorówki z turystami przypływające z miasta Lipari lub z wyspy Vulcano. Zostaliśmy tutaj dłużej. Trzeba było nacieszyć się kąpielą i słońcem, przed prognozowanymi na piątek burzami.
Dym z wulkanu Stromboli ciągnie się czasami aż do Sycylii
Postój w spokojnej zatoce przy Lipari
Skały na tle Vulcano
Vulcano widziane z Lipari
Ponownie telefonicznie zarezerwowałem miejsce na noc. Można wybrać Marinę Lipari, która znajduje się dalej od miasta, lub pomosty położone bliżej centrum. Każdy z nich prowadzony jest przez inny podmiot, więc trzeba dokładnie sprawdzić, co i gdzie rezerwujemy. Dla nas znalazło się miejsce w Portosalvo. Podchodząc, należy wywołać obsługę na kanale szóśtym. Tutaj czekało nas miłe zaskoczenie — cena postoju wynosiła jedyne 130 euro, woda i prąd w cenie, a w gratisie dostaliśmy butelkę Malvasii, lokalnego słodkiego wina. Była to miła odmiana, po wcześniejszych noclegach kosztujących nas około 250 euro.
Miasto Liapri widziane na podejściu do portu
Zamek w Lipari widziany z morza
Port miejski w Lipari
W mieście jest duży ruch turystyczny. Mnóstwo kawiarni, restauracji i ludzi. Po kilku dniach spędzonych na mniejszych wyspach tłok daje się we znaki. Warto zobaczyć twierdzę Castello di Lipari oraz muzeum archeologiczne Museo Archeologico Eoliano „Luigi Bernabò Brea”, Cena biletu wstępu wynosi 6 EUR.
Po niespełna tygodniu zwiedzania załoga była już zmęczona, więc zrezygnowała z wejścia na rzecz spaceru po mieście. I trudno się temu dziwić. Po kilku dniach każda kolejna atrakcja zaczyna konkurować z prostą perspektywą spokojnej kolacji i wcześniejszego powrotu na jacht.
Kolację zjedliśmy w Da Francesco Ristorante, gdzie oprócz pizzy serwowane są makarony i owoce morza. Restauracja znajduje się nad morzem. Naprzeciwko stoi kościółek Chiesa delle Anime del Purgatorio, który po zmroku jest ładnie oświetlony. To był jeden z tych spokojniejszych wieczorów, kiedy nigdzie nie trzeba się spieszyć.
Ulica prowadząca do zamku w Lipari
Kościółek nad brzegiem morza
Restauracje przy Marina Corta Lipari
Oświetlone nabrzeże z Parafią św. Józefa
Burza goniąca nas podczas drogi powrotnej
Dymy Etny widziane w drodze powrotnej
Na piątek prognozowano burze. Rano chciałem wcześnie wypłynąć, ale krnąbrna załoga zmieniła mi plany. Mimo ustaleń, kilka osób wyszło na miasto, aby zrobić zakupy. Zamiast o 7:00, wypłynęliśmy dopiero po 8:00.
Najpierw płyniemy na silniku. Zanim minęliśmy Vulcano, postawiliśmy żagle. Przy zachodnim wietrze dobrze żeglowało nam się półwiatrem. Na horyzoncie pojawiła się pierwsza burza, która szybko nas doganiała, ale ominęła nas od zachodu. Deszcz na nas nie spadł, ale wiatr się wzmógł i w porywach osiągał 20 węzłów, dlatego po drodze refowaliśmy żagle.
Po godzinie wyszło słońce, a prędkość wiatru spadła do 12–15 węzłów, jednak za nami nadciągała już kolejna burza. Deszcz ponownie nas ominął, tym razem od wschodu, ale prędkość wiatru wzrosła w porywach do 17–18 węzłów. Ostatni dzień rejsu dostarczył nam więcej żeglowania, niż mogliśmy doświadczyć podczas wcześniejszych etapów.
Skierowaliśmy się do rezerwatu przyrody Marinello, gdzie staliśmy już pierwszej nocy. Zakotwiczyliśmy przed godziną 15:00. Tam czekał już na nas nurek, szybko sprawdził jacht i byliśmy wolni. Kilka osób po raz ostatni wskoczyło do wody na kąpiel. Woda miała 26 stopni. To był ostatni moment, aby skorzystać z dobrodziejstw ciepłego morza przed powrotem do mariny. O 16:00 podnieśliśmy kotwicę i skierowaliśmy się do Portorosa.
Wejście do mariny jest ciasne, a przy stacji paliw jest niewiele miejsca. Trzeba cierpliwie czekać na swoją kolej poza główkami portu. Są trzy dystrybutory, ale nie zawsze tyle jachtów zmieści się przy nich jednocześnie.
W Portorosa swoje bazy mają floty czarterowe, dlatego w piątki kolejka jest długa. Można więc zatankować np. na Lipari, zabrać ze sobą 20-litrowy kanister i w marinie uzupełnić z niego zużyte paliwo. Jeśli nie macie takiej możliwości, trzeba zrobić sobie zapas około dwóch godzin na tankowanie.
W sobotę znów zderzyliśmy się z transportem organizowanym na włoski sposób. Dużo załóg, dwa lotniska i zamieszanie. Sporo grup miało wykupione loty z Katanii i, mimo że lotnisko było zamknięte, to jechało w tamtą stronę. Inni zmierzali do Palermo. Nasz bus spóźnił się tylko godzinę. W biurze firmy czarterowej pani zaznaczyła sobie, po spóźnieniu przy dojeździe do mariny, żeby tym razem był inny kierowca, to jednak nie pomogło. Dobrze, że mieliśmy duży zapas czasu do odlotu.
Wyspy Liparyjskie okazały się bardzo różnorodnym regionem. W ciągu jednego tygodnia można zobaczyć dymiące wulkany, skaliste zatoki, zielone zbocza, niewielkie porty i zatłoczone miasteczka, a pomiędzy nimi spędzić wiele godzin na morzu. Stożkowate, zielone wyspy na długo pozostaną w pamięci, a zapach siarkowodoru już chyba zawsze będzie kojarzył się z Vulcano.
Dymiące wulkany mogą wzbudzać niepokój — nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się większa erupcja, która może spowodować zamknięcie lotniska. Jednocześnie właśnie ta nieprzewidywalność jest częścią charakteru Wysp Liparyjskich.
Pogoda mogłaby być lepsza, ale Eol pozwolił nam kilka razy rozwinąć żagle i cieszyć się żeglarstwem. Były burze, nieprzespane noce, zmiany kierunku wiatru, problemy z odsalarką i kilka chwil, kiedy trzeba było pilnować kotwicy. Ale właśnie takie rzeczy po czasie wspomina się najlepiej. Do tego wyśmienita kuchnia włoska, świeży tuńczyk kupiony bezpośrednio od rybaka, cannoli i liczne kąpiele w ciepłym morzu.
Wrzesień wydaje się bardzo dobrym miesiącem na żeglugę w tym regionie. Woda nadal jest ciepła, temperatury przyjemne, a sezon powoli zbliża się do końca. Zdecydowanie warto rozważyć ten rejon w swoich planach rejsowych.