zawiani.pl
Zatoka Sarońska: Od Aten po Hydrę i Eginę

Zatoka Sarońska: Od Aten po Hydrę i Eginę

Agata Trąbka Agata Trąbka

26 maja 2026

W sierpniu 2025 r. spełniliśmy marzenie, by odkryć Grecję od strony morza. Zatoka Sarońska okazała się idealna na spokojny rejs: krótkie dystanse, osłonięte wody i urokliwe wyspy pełne historii. Wyruszyliśmy z Aten i odwiedziliśmy Perdikę, Poros, Hydrę, Vathi i Eginę.

Trasa rejsu

Ateny — start w największej marinie Grecji

Lot z Warszawy do Aten trwał około 2,5 godziny. Po wylądowaniu kierujemy się przed główne wejście lotniska i zamawiamy taksówkę w jednej z popularnych aplikacji. Naszym celem jest, oddalona o 35 kilometrów, Marina Alimos*. Koszt przejazdu to 50 EUR.

Można też skorzystać z metra i dojechać do stacji Syntagma w samym centrum Aten. Za bilet w jedną stronę zapłacimy 10 EUR. Aby dojechać do mariny trzeba przesiąść się do linii tramwajowej w kierunku Alimos i dojechać do przystanku „Edem”. Metro kursuje w dni powszednie co 30 minut, a przejazd z lotniska do portu zajmie nieco ponad godzinę.

Szukamy autorek i autorów relacji z rejsów!

Chcesz dołączyć do naszej redakcji? Przeczytaj jak aplikować.

Dostępne są także autobusy. Po wyjściu z lotniska należy kierować się na przystanek zlokalizowany między wyjściem 4 a 5 i wsiąść do Express Bus X96 w stronę Pireusu. Autobus kursuje przez całą dobę, co 20-30 minut (rzadziej poza sezonem, od października do czerwca). Bilet kupicie w kiosku obok przystanku lub u kierowcy, kosztuje 6 EUR. Podróż do mariny trwa godzinę.

Po 40 minutach jazdy taksówką docieramy do portu. Marina Alimos, zwana potocznie Kalamaki od nazwy dzielnicy, w której się znajduje, to największa i najbardziej rozpoznawalna przystań w Grecji. Port oferuje ponad tysiąc miejsc postojowych dla jachtów do 40 metrów długości i zanurzeniu do 6,5 metra. Cumowanie odbywa się wyłącznie na muringach — kotwiczenie jest tu zabronione. Przy tak dużej liczbie jednostek zdarza się, że łodzie ustawiają się w kilku rzędach, jedna za drugą.

W porcie nie ma stacji paliw, dlatego tankowanie odbywa się z mobilnych cystern zamawianych zwykle przez firmy czarterowe na czas odbioru lub zdania jachtu. Zaplecze sanitarne rozmieszczone jest w dwóch punktach mariny. Trudno liczyć na ciepłą wodę, a liczba pryszniców, zwłaszcza w części damskiej, gdzie są tylko trzy, bywa niewystarczająca. Dodatkowe toalety i natryski znajdują się w kontenerach obok baru.

Nasz rejs odbywaliśmy na jachcie Bavaria C45 z 2021 roku, o długości 13,71 m i zanurzeniu 2,6 m, czarterowanym w BeBlue. Po odbiorze jednostki, część załogi wybrała się na zakupy do pobliskiego sklepu, a późnym wieczorem omówiliśmy plan na następny dzień — trasę do Perdiki na wyspie Egina.

Pobudkę zaplanowaliśmy na 8:00, by móc wypłynąć o 10:00. Po śniadaniu odbyliśmy jeszcze obowiązkowe szkolenie z zasad bezpieczeństwa na jachcie i omówiliśmy manewr wyjścia z portu. Prognoza pogody wskazywała na wiatr o prędkości 18 węzłów i brak zachmurzenia, z czego bardzo się ucieszyliśmy. Liczyliśmy na spędzenie dnia pod żaglami. Włączyliśmy silnik i sprawnie wypłynęliśmy z portu. Kilkanaście minut później postawiliśmy żagle i w sprzyjających warunkach skierowaliśmy się na Perdikę.

Perdika – pistacjowa wioska i… pierwsze przygody

Po pokonaniu 20 mil morskich, popołudniem docieramy do Perdiki. Ta niewielka, malownicza osada rybacka z portem otoczonym sosnami i urokliwymi zatoczkami, znajduje się po zachodniej stronie wyspy. Słynie przede wszystkim z upraw pistacji. Przystań jest dobrze osłonięta, a wzdłuż nabrzeża działają kameralne tawerny serwujące świeże owoce morza.

Po dopłynięciu do portu okazało się, że jedyne wolne miejsce do cumowania znajduje się przy nabrzeżu z pierścieniami. Po mniej więcej 30 minutach rzuciliśmy kotwicę oraz bezpiecznie stanęliśmy rufą do zewnętrznej kei.

Część załogi chciała wykorzystać ostatnie promienie słońca i przeszła kilka metrów dalej, żeby wykąpać się w morzu, pozostali zaś wybrali relaks przy kawie. Po kilkunastu minutach załoganci wrócili z plaży ze złą informacją — jedna z dziewczyn nadepnęła na jeżowce, których igły wbiły się jej na tyle głęboko w obie stopy, że nie byliśmy w stanie ich w żaden sposób wyjąć. Odwiedziliśmy najbliższy szpital w celu kontroli i uzyskania zaleceń, jednak wizyta nie trwała nawet 5 minut, gdyż lekarz odesłał nas do domu po krótkiej wizycie. Nauczeni naszym doświadczeniem w takiej sytuacji pamiętajcie, że wizyta w szpitalu nie jest konieczna. Wystarczy kilka razy dziennie obszar, w którym znalazły się igły zmiękczać oliwą z oliwek i octem. Zgodnie z zaleceniami lekarza to najskuteczniejszy sposób pozbycia się tego problemu — po kilku dniach igły wyjdą same.

Pełny wrażeń pierwszy dzień rejsu zakończyliśmy wspólną wieczorną kolacją w restauracji Remetzo. Zamówiliśmy domowe białe wino, kilka przystawek, w tym tzatziki i pieczoną fetę oraz owoce morza jako dania główne. Wszystko smakowało wyśmienicie, a koszt nie przekroczył 25 EUR or osoby. Właściciel i obsługa byli niezwykle gościnni, dbając o swobodną, przyjazną atmosferę. Resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowach i grze w Taboo. Kolejnego dnia czekała nas podróż na Hydrę — 25 mil morskich spokojnej, malowniczej trasy.

Hydra — wyspa bez samochodów i z widokami jak z pocztówki

Rano bezpiecznie odeszliśmy od kei jako ostatni odpływający jacht. Wiatr o prędkości nieprzekraczającej 15 węzłów towarzyszył nam przez większość trasy.

Cumowanie w porcie na Hydrze to doświadczenie wyjątkowe i uchodzące za jedno z bardziej wymagających w tej części Morza Egejskiego. Z powodu ograniczonej przestrzeni i dużego tłoku, jachty ustawiają się tu „na tratwę”, czyli w kilku rzędach burta w burtę. Manewr polega na rzuceniu kotwicy z dziobu w sporej odległości od nabrzeża, a następnie podaniu cum rufowych na brzeg lub — co zdarza się często — na knagi jednostek, które już stoją przy kei. Podejście wymaga ścisłej współpracy z innymi załogami, przepuszczania lin przez pokłady i manewrowania w bardzo małych odstępach. Marina jest niemal zawsze pełna, więc precyzja jest kluczowa. Jeśli uda się znaleźć miejsce, opłaty są zwykle niewielkie, często poniżej 15 euro.

Zbliżając się do celu wiedzieliśmy od zaprzyjaźnionej załogi, że w głównym porcie nie ma już wolnych miejsc, nawet w trzeciej linii jachtów. Zmieniliśmy zatem nasze plany i ustawiliśmy nową lokalizację na mapie — Zatokę Mandraki, gdzie zatrzymaliśmy się na kotwicy. To miejsce spokojne i urocze. Jest tu plaża, tawerna i kapliczka.

Zatoka z każdą godziną wypełniała się coraz bardziej, a odległości między jachtami malały. Do tego prognoza pogody zapowiadała zmianę kierunku wiatru, więc liczyliśmy się z koniecznością powtarzania manewru w nocy. Podczas wspólnie przygotowanego na łódce obiadu, podzieliliśmy się na wachty w celu obserwacji, czy kotwica utrzymuje nas i czy nie zbliżamy się zbyt blisko lądu lub innych jachtów.

Do samego miasteczka można było się przespacerować zachwycającą drogą, biegnącą wzdłuż wybrzeża (około 25 minut drogi w pełnym słońcu), bądź zamówić wodne taksówki w cenie 60 EUR za podróż w obie strony. Każda z taksówek pomieści 8 osób, wystarczy po nie zadzwonić 10 minut przed planowanym wyjazdem. Zebraliśmy się w okolicach godziny 16:00 i w ciągu kilku minut znaleźliśmy się w głównym porcie. Temperatura nadal była nieznośna, więc niespiesznie zwiedzaliśmy zaułki, sklepiki i okoliczne atrakcje. Wystarczy skręcić w jedną z bocznych uliczek, żeby nagle znaleźć się w zupełnie innym świecie — cichym, białym, pachnącym jaśminem i świeżym praniem suszącym się na sznurkach.

Naszą uwagę od razu przyciągnęły wszechobecne osiołki. Hydra, nazywana „perłą Zatoki Sarońskiej”, jest wyspą wolną od samochodów — jedynym środkiem transportu są tu osły i muły, co tylko podkreśla urok jej XIX‑wiecznej zabudowy. Ruszyliśmy w górę, na jeden z punktów widokowych nad portem przy rezydencji Pavlosa Kountouriotisa. Podejście jest krótkie, a nagroda w postaci panoramy zapiera dech: widać całą zatokę, kołyszące się jachty i kamienne domy tworzące mozaikę barw i kształtów. To idealne miejsce na zdjęcia i chwilę oddechu. Rezydencja to jeden z najważniejszych zabytków na malowniczej Hydrze. Powstała w XVIII wieku jako siedziba wpływowej rodziny Kountouriotisów. Ich pozycja, wpływy, a przede wszystkim flota odegrały kluczową rolę w greckiej wojnie o niepodległość.

Po zejściu zatrzymaliśmy się w kawiarni przy nabrzeżu — kawa smakuje tu wyjątkowo, może przez widok, może przez atmosferę, a może dlatego, że na Hydrze nikt się nigdzie nie spieszy. Siedzieliśmy, patrząc na port, czując, jak świat zwalnia. Towarzyszyły nam oczywiście lokalne koty, które równie chętnie jak my odpoczywały po upalnym dniu.

Warto zajrzeć do zadbanej Katedry Kimisis Tis Theotokou z uroczym dziedzińcem, na którym ustawiono popiersia bohaterów związanych z walką o niepodległość, m.in. Andreasa Miaoulisa i Lazarosa Koundouriotisa, którego grobowiec znajduje się wewnątrz świątyni.

Po zachodzie słońca wróciliśmy na jacht. W ciągu dnia temperatura utrzymywała się przy 32 stopniach Celsjusza, wielokrotnie brakowało tchu podczas zwykłego spaceru, więc postanowiliśmy schłodzić się w wodzie. Wieczór przeciągnął się do późna, na innych jachtach zabawa trwała niemal do rana. Co jakiś czas sprawdzaliśmy kierunek wiatru i pozycję, monitorując czy nadal utrzymujemy bezpieczny dystans od pozostałych jednostek w zatoce. Na szczęście staliśmy stabilnie, natomiast kilkanaście innych jachtów musiało w nocy odejść, bo brakowało już miejsca, by mogły ponownie rzucić kotwicę.

Około ósmej rano zdecydowaliśmy, że czas ruszać dalej. Ku naszemu zaskoczeniu kotwica zahaczyła o łańcuch leżący na dnie — przy podnoszeniu wyglądało to tak, jakbyśmy wyciągali ogromny kawał metalu. Na szczęście nasz sternik szybko opanował sytuację, manewrując jachtem tak, by uwolnić hak.

Gdy ruszyliśmy w drogę, przygotowaliśmy wspólne śniadanie i sprawdziliśmy prognozę. Zapowiadał się kolejny upalny dzień, 28 stopni, z umiarkowanym wiatrem 15–18 węzłów. Większość trasy pokonaliśmy półwiatrem — spokojnie i przewidywalnie. Rano morze było niemal gładkie, ale po południu meltemi tradycyjnie nabrało siły, dając piękny, równy hals w stronę Poros. Meltemi, czyli etezje, to suchy, chłodny wiatr wiejący z północy nad Morzem Egejskim od maja do października, najsilniejszy w lipcu i sierpniu. Przynosi upragnione ochłodzenie, ale potrafi być wymagający dla żeglarzy, osiągając nawet 7–8 stopni w skali Beauforta.

Poros — zielona wyspa i port pełen życia

Tego dnia ponownie postawiliśmy żagle, a każdy chętny członek załogi mógł poprowadzić jacht i pod okiem skippera poćwiczyć podstawy sterowania. Korzystając z pięknej pogody, zrobiliśmy krótki postój w jednej z zatok. Stanęliśmy na kotwicy i dodatkowo zacumowaliśmy do wybrzeża — jedna lina trafiła na rufowe knagi, druga została przywiązana węzłem ratowniczym do skały. Zatoka była zatłoczona, więc ze względu na niewielkie odległości między jachtami dowódca pozostał na pokładzie, a reszta załogi korzystała ze słońca. Po godzinie wiatr nagle się wzmógł i uznaliśmy, że czas ruszać dalej.

Zaraz po wyjściu z zatoki dopadł nas podmuch o sile prawie 30 węzłów, który utrzymywał się przez kilkadziesiąt minut. Fale kilka razy porządnie nas zmoczyły, ale po pewnym czasie wiatr osłabł i mogliśmy kontynuować rejs w spokojniejszym rytmie.

Wzdłuż trasy mijaliśmy skaliste brzegi Eginy, a im bliżej byliśmy Poros, tym bardziej krajobraz stawał się zielony — sosny schodziły niemal do samej wody, a zabudowa miasteczka wyglądała, jakby wspinała się po zboczu prosto ku niebu. W sierpniu ruch w porcie jest spory, a w wąskiej cieśninie mijają się jachty i promy kursujące między wyspami. Cumowanie rufą do kei z kotwicą potrafi dostarczyć odrobiny adrenaliny, zwłaszcza przy takim tłoku.

Gdy dopłynęliśmy, marina była już niemal pełna, ale znaleźliśmy jedno wolne miejsce w drugiej linii, podpinając się cumami i szpringami do innego jachtu. Trafiliśmy na sympatycznych sąsiadów z Polski, którzy pozwolili nam przechodzić przez ich pokład na ląd, a także pomogli uzupełnić wodę i podłączyć się do prądu. Postój wraz z mediami kosztował nas 16 EUR.

Po dopełnieniu formalności ruszyliśmy na kolację do tawerny Oasis. Jedzenie było pyszne, porcje ogromne, a ceny bardzo rozsądne — 15–30 EUR za osobę. Najedzeni i pełni energii poszliśmy zwiedzać miasteczko. Chcieliśmy zobaczyć zachód słońca z punktu przy wieży zegarowej, więc ruszyliśmy schodami w górę, by zdążyć na czas. Przy 34 stopniach i bezwietrznej pogodzie nie było to najłatwiejsze zadanie, ale widok na port wynagrodził wszystko.

Wieczór spędziliśmy na jachcie, rozmawiając z sąsiadami i wymieniając się żeglarskimi historiami. Noc była jednak trudna — temperatura nie spadła poniżej 29 stopni, a tuż obok Oasis działa klub, w którym karaoke trwało do siódmej rano. Poranek uratowała nam frappe z The Old Fountain Cafe Bar Poros.

Po kawie musieliśmy ruszać dalej — blokowaliśmy jacht stojący przy kei. Szybko omówiliśmy manewr, skoordynowaliśmy luzowanie cum i delikatnie odeszliśmy od burty sąsiadującej z nami jednostki, uważając na intensywny ruch. Przed nami do pokonania było 14 mil morskich przy wietrze do 15 węzłów. Po wyjściu z portu znów postawiliśmy żagle i w spokojnym rytmie, podziwiając widoki i ćwicząc węzły, ruszyliśmy w stronę kolejnej wyspy.

Vathi — mała wioska, wielki klimat

Jak mawiają żeglarze, „zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia” — i tym razem powiedzenie sprawdziło się idealnie. Choć planowaliśmy spędzić dwa dni na zwiedzaniu miasta Egina, szybko odkryliśmy, że skoro jesteśmy wśród Wysp Sarońskich, warto zajrzeć do Vathi — maleńkiej wioski z kilkunastoma domami rozsianymi na zboczach otaczających naturalną zatokę. Jej nazwa oznacza po grecku „głęboki”, co może odnosić się zarówno do głębokiej zatoki Epidavros, jak i do portu wcinającego się w ląd.

To drugi najchętniej odwiedzany port w okolicy. Brak masowej turystyki na półwyspie Methana sprawia, że można tu poczuć prawdziwy, nieskażony „grecki klimat”. Przy samym nabrzeżu działają tawerny serwujące domowe jedzenie, a cumując w Vathi można wybrać się do pozostałości dawnego akropolu lub na wycieczkę do jednego z okolicznych wulkanów.

Zmieniliśmy więc kurs i ustawiliśmy nową trasę na ploterze. W pobliżu portu musieliśmy chwilę poczekać na wolne miejsce — najwyraźniej nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Po godzinie udało się zacumować. Choć kilkaset metrów dalej znajduje się niewielka, kamienista plaża, wielu turystów kąpie się bezpośrednio w porcie, dlatego wpływając, trzeba zachować szczególną ostrożność. Warto też pamiętać, że przy północnej kei i w głębi portu jest płytko. Ostrożnie rzuciliśmy kotwicę i powoli dostawiliśmy się do nabrzeża.

Dwie tawerny przy kei serwują bardzo dobre jedzenie, a także udostępniają swoim klientom prysznice i toalety. Za wodę i prąd trzeba zapłacić 15 EUR. Miejscowość jest tak mała, że nie ma tu żadnego sklepu, podstawowe produkty można kupić rano z samochodu, którym dostarczane jest świeże pieczywo, warzywa i owoce.

Na kolację wybraliśmy się do tawerny o nazwie Vathi. Zostaliśmy ugoszczeni przez właściciela, który pochodzi z Wielkiej Brytanii i osiedlił się w tej małej miejscowości wraz ze swoją żoną Greczynką. Klimat tego miejsca był niepowtarzalny, a jedzenie wybitne. Spróbowaliśmy kilku przystawek i świeżych owoców morza. Wszystko było wyśmienite, a ceny nie przekroczyły 25 EUR za osobę wraz z napojami. Właściciele otoczyli nas atmosferą gościnności, dlatego też z całego serca polecam odwiedzić to miejsce. Wieczór w tawernie spędziliśmy na rozmowach z innymi żeglarzami — w porcie jest miejsca dla raptem kilkunastu jachtów, więc nawiązywanie kontaktów przychodzi z łatwością.

Następny dzień mieliśmy spędzić na zwiedzaniu Eginy, więc zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i szybkie wypłynięcie. Z racji dużego zanurzenia jachtu i sporego ruchu w tym małym porcie, musieliśmy wykonać manewr sprawnie. Zaczęliśmy luzować cumy rufowe i podnosiliśmy kotwicę. Wszystko poszło zgodnie z planem. Jeden z żeglarzy musiał się wycofać i poczekać z wpłynięciem przy falochronie, aż my zwolnimy miejsce. Wiatr tego dnia nie przekraczał 12 węzłów. Do Eginy mieliśmy 10 mil morskich.

Egina — pistacje, świątynie i zachód słońca nad Afają

Z racji ogromnego upału (34 stopnie, odczuwalnie trochę mniej ze względu na umiarkowany wiatr), mieliśmy w planach krótki postój i kąpiel w morzu, jednak gonił nas czas. Chcieliśmy wypożyczyć skutery oraz samochody, żeby zobaczyć najważniejsze punkty na wyspie. W związku z tym, że Grecy raczej nie dokonują rezerwacji w portach, znalezienie wolnej przestrzeni jest naprawdę trudne. Obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Choć do pokonania było zaledwie 10 mil morskich i dopłynęliśmy do Eginy już około 13:00, główna marina była całkowicie zajęta. Pozostało nam stanąć na kotwicy tuż za falochronem.

Egina, często nazywana pistacjową perełką Grecji, w pełni zasługuje na to miano. To skalisty, wulkaniczny ląd o niewielkiej ilości opadów, gdzie na żyznych fragmentach terenu dominują uprawy pistacji, ale spotkać można też migdały, figi i oliwki. Wschodnia część wyspy zachwyca gęstymi lasami piniowymi, które nadają jej wyjątkowy charakter. Zwiedzanie odłożyliśmy na później — najpierw chcieliśmy wypożyczyć samochody i zjeść ciepłą obiadokolację. Wybraliśmy Ouzeri o Skotadis, gdzie za przystawki, danie główne i napoje zapłaciliśmy około 25 EUR od osoby. Atmosfera i jedzenie były warte każdego centa.

Najedzeni i pełni energii wsiedliśmy do wypożyczonych samochodów i ruszyliśmy w stronę Kościoła Agios Nektarios. Świątynia powstawała w latach 1904–1910 z inicjatywy św. Nektariusza z Eginy. To właśnie on, jako biskup Pentapolis, założył tu klasztor na prośbę kilku zakonnic, w miejscu dawnego, opuszczonego bizantyjskiego monasteru. Dziś jest to jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych w całej Grecji i jeden z największych klasztorów na Bałkanach.

Ostatnim punktem naszego zwiedzania była Świątynia Afai. Ten dorycki kompleks to bez wątpienia najważniejsza atrakcja Eginy i jedno z kluczowych stanowisk archeologicznych w całej Grecji. Wzniesiona w V wieku p.n.e., do dziś robi ogromne wrażenie — szczególnie o zachodzie słońca, kiedy światło podkreśla jej monumentalny charakter. Nawet jeśli nie pasjonujecie się starożytnością, warto tu zajrzeć choćby dla samych widoków. Panorama rozciągająca się ze wzgórza jest naprawdę spektakularna.

Po zrobieniu zdjęć, udaliśmy się z powrotem w stronę portu. Zostawiliśmy auta na parkingu, a sami wybraliśmy się jeszcze na lody pistacjowe w Gelato Follia — zdecydowanie godne polecenia. Po satysfakcjonującym deserze i krótkim spacerze wzdłuż nabrzeża, wróciliśmy pontonem na jacht. Część załogi została na imprezę w barze Inn on the beach, a pozostali „chillowali” przy muzyce z tegoż baru do drugiej nad ranem.

O poranku nadszedł czas powrotu do Alimos. Odbyliśmy przyjemną, 17-milową, żeglarską podróż bajdewindem do samej mariny. Duży przechył i naprawdę niezła prędkość (9 węzłów) były wspaniałym zwieńczeniem wyjazdu. Jak wiadomo, piątkowe popołudnie to czas, gdy musimy wrócić do portu macierzystego i zdać jacht. Zbliżając się do główek portu jeszcze nigdy nie widziałam tak dużej kolejki jachtów i katamaranów (na oko było ich ze 40, ale ta liczba zwiększała się z każdą minutą). Było wyjątkowo ciasno, a wiatr zdecydowanie utrudniał spokojne manewrowanie. Ostrożnie wpłynęliśmy na nasze miejsce i zacumowaliśmy po raz ostatni.

Czas naszego rejsu dobiegł końca, a Zatokę Sarońską będziemy wspominać naprawdę dobrze. Czekała nas ostatnia noc oraz poranek, kiedy do godziny 9:00 musieliśmy oddać jacht.

Ateny w jeden dzień — najpiękniejsze zakątki miasta

Większość naszej załogi miała do dyspozycji jeszcze jeden dzień do spędzenia w Atenach, gdyż lot powrotny do Polski mieliśmy w niedzielę. Udaliśmy się więc na krótkie zwiedzanie miasta. Najpierw pojechaliśmy do hotelu w okolicy placu Syntagma, gdzie zostawiliśmy bagaże. Stamtąd wybraliśmy się metrem w kierunku najstarszej dzielnicy — Plaka. Okolica jest pełna wąskich uliczek, kwiatów, tawern i małych sklepików. Warto przejść się ulicą Kydathineon, w stronę Anafiotiki — znajdziemy tu białe domki jak z Cyklad. To świetne miejsce na zdjęcia i chwilę odpoczynku.

Po krótkiej przerwie na lunch, przyszedł czas na zwiedzanie Muzeum Akropolu. To jedno z tych miejsc, które naprawdę warto zobaczyć, nawet jeśli nie jesteście fanami muzeów. Przestronne, nowoczesne, świetnie zaprojektowane i pełne historii, którą można zrozumieć bez wysiłku. Cena za bilet dla osoby dorosłej to 30 EUR. Największe wrażenie robią oryginalne Kariatydy, rzeźby z Partenonu, szklana podłoga z widokiem na wykopaliska pod muzeum. Na dachu znajduje się kawiarnia z widokiem na Akropol — idealne miejsce na kawę i chwilę odpoczynku.

Zdecydowaliśmy, że o zachodzie słońca chcemy mieć możliwie najlepszy widok na Akropol. Na samym szczycie czeka klasyka: Partenon, Erechtejon z Kariatydami, Propyleje, jednak zobaczenie tego z oddali robi ogromne wrażenie. Dlatego też na koniec dnia wspinamy się na Areopag — niewielkie wzgórze tuż obok Akropolu. Widok na Partenon o zachodzie słońca to coś, czego nie da się opisać. Miasto powoli tonie w złotym świetle, a Akropol zaczyna się podświetlać. Cudowne zakończenie intensywnego dnia. Po przepięknym wieczorze wracamy przez dzielnicę Monastiraki do naszego hotelu. Tego dnia zrobiliśmy około 30 tys. kroków.

Czas w Grecji dobiegł końca. Zwiedzenie Aten w jeden dzień to ambitny pomysł. Jeśli dobrze zaplanować trasę, można zobaczyć najważniejsze miejsca, poczuć klimat miasta i nie paść z wyczerpania. Ateny potrafią być chaotyczne, ale jest w tym coś pięknego — historia, energia i codzienne życie, które miesza się z mitami sprzed tysięcy lat.