25 czerwca 2026
W majówkowy weekend wybraliśmy się w rejs między Trogirem, Maslinicą, Palmižaną i Starym Gradem. Żeglowanie w tej części Adriatyku to połączenie krótkich przelotów, postojów w spokojnych zatokach i portów, które zachwycają klimatem.
Nasz rejs trwał od 25 kwietnia do 2 maja 2026 roku. Żeglowaliśmy na katamaranie wyczarterowanym od firmy Navigare Yachting. Był to wyprodukowany w 2019 roku Fountaine Pajot Saba 50 o nazwie „Waterloo”, długości 14,98 m i szerokości 7,99 m. Płynęliśmy flotyllą składającą się z 18 jednostek — 5 jachtów jednokadłubowych i 13 katamaranów.
Z Polski do Trogiru wyruszyliśmy w piątek o godzinie 21:00 autokarem wynajętym przez organizatora wyjazdu. Podróż trwała około 20 godzin, licząc postoje na odpoczynek oraz zmiany kierowców. Na miejsce dotarliśmy o 16:30 następnego dnia.
Chcesz dołączyć do naszej redakcji? Przeczytaj jak aplikować.
Po szybkim wypakowaniu bagaży większość załogi wyruszyła na zakupy do pobliskiego sklepu, a w tym czasie skipper odebrał katamaran od firmy czarterowej. Po chaotycznych zakupach, z racji kilkunastu załóg „walczących” o zaopatrzenie, dotarliśmy na nasz statek w Marinie Baotić.
To przystań wybudowana w 2009 roku przez niemiecko‑chorwacką firmę czarterową Baotić. Gdy liczba jachtów czarterowych zaczęła szybko rosnąć, a znajdująca się po drugiej stronie zatoki Marina ACI w Trogirze przestała wystarczać, zapadła decyzja o stworzeniu nowego portu w pobliskim Seget Donji. Atutem tej lokalizacji jest ogromna popularność Trogiru wśród turystów oraz bliskość międzynarodowego lotniska w Splicie, oddalonego zaledwie o 8 km i zapewniającego świetne połączenia z całej Europy. Początkowo port miał pomieścić 100 jednostek, jednak popyt rósł tak dynamicznie, że szybko dobudowano kolejne pirsy, apartamenty, biura i zaplecze sanitarne. Dziś marina oferuje aż 400 miejsc z muringami, prądem i wodą.
Pierwszy dzień minął nam na sprawach organizacyjnych: przyjazd, zakupy, losowanie przydziału kajut oraz szkolenie bezpieczeństwa. Wieczór należał do krótkich z racji tego, że nasza załoga była wykończona trwającą prawie dobę podróżą.
Nazajutrz nie gonił nas czas, więc wypłynięcie zaplanowaliśmy na godzinę 11:00. Podczas rejsu zależało nam przede wszystkim na relaksie, więc skupiliśmy się na krótkich przelotach oraz dłuższym wypoczynku w zatokach i portach.
Niedziela zaczęła się leniwie, bo dopiero o 9:00, ale wachta kambuzowa szybko postawiła nas na nogi, serwując solidne śniadanie. Po posiłku przeszliśmy do omówienia zasad bezpieczeństwa i krótkiego przypomnienia budowy naszego katamaranu — klasyczny start pierwszego dnia rejsu.
Około 11:30, po ostatnich przygotowaniach, odeszliśmy od kei, zrzucając muringi i wciągając cumy na pokład, ruszyliśmy w stronę pierwszego postoju w zatoce. Wiatr dopisał — wiatr wiejący z prędkością 5–6 w skali Beauforta pozwolił nam rozwinąć obydwa żagle i płynąć w półwietrze z prędkością dochodzącą do 10 węzłów.
Po półtorej godziny halsowania byliśmy na miejscu, w okolicy wyspy Drvenik Veli, gdzie zatrzymaliśmy się na obiad i krótką kąpiel. Pogoda była wyśmienita — temperatura w granicach 24 stopni, pełne słońce. Jedynie morze było wciąż dość zimne, jednak będąc na urlopie trzeba skorzystać z każdej dostępnej atrakcji, dlatego też bardzo powoli weszliśmy do wody. Kąpiel nie należała do najprzyjemniejszych, ale na pewno była orzeźwiająca. Po wyjściu z morza suszyliśmy się na siatce znajdującej się na dziobie katamaranu, gdzie było zdecydowanie przyjemniej.
Maslinica, gdzie żeglarze zatrzymują się, by złapać oddech.
Spokojna zatoka, która zachwyca o każdej porze dnia.
Wieczorne światła odbijające się w wodzie.
O 16:30 ruszyliśmy dalej — do Maslinicy, gdzie czekał nas wspólny wieczór, kolacja i możliwość dołączenia do silent disco. Sprawnie zacumowaliśmy rufą do nabrzeża, sklarowaliśmy pokład i podłączyliśmy katamaran do prądu. Port w tej małej urokliwej miejscowości oferuje dostęp do mediów oraz sanitariatów. Opłata zależy od długości całkowitej jachtu (LOA). W sezonie letnim ceny dla popularnych jednostek zaczynają się od 70-100 EUR (poniżej 10 m), a dla jachtów 12-15 m przekraczają 150 EUR.
Wieczorem obejrzeliśmy piękny zachód słońca, po którym udaliśmy się spacerem wzdłuż nabrzeża do Konoby Moni — kameralnej restauracji ukrytej wśród kamiennych budynków, która idealnie oddaje dalmacki klimat i sprawia, że kolacja staje się czymś więcej niż tylko posiłkiem. Już od progu czuć było zapach świeżych ziół, oliwy i grillowanych ryb, a ciepłe światło lamp tworzyło atmosferę, w której łatwo zapomnieć o całym świecie.
Wieczór płynął nam powoli, tak jak lubimy najbardziej. Rozmowy przy winie, lokalne specjały podane z prostotą i sercem, a w tle delikatny szum morza. To właśnie takie chwile sprawiają, że żeglowanie po Dalmacji ma w sobie coś magicznego: każdy port, każda zatoka i każda kolacja stają się częścią większej opowieści, do której chce się wracać.
Idealne miejsce na wieczorny spacer po nabrzeżu.
Wspaniały zachód słońca w Maslinicy.
Ćevapčići — prosty, lokalny klasyk.
Maslinica to idealne miejsce na odpoczynek: spokojna zatoka i kameralna marina. Część załogi wyruszyła jeszcze na silent disco, ale zdecydowana większość z nas zdecydowała się pójść spać.
Z Maslinicy wypłynęliśmy o 11:30. Odcinek do Blue Lagoon pokonaliśmy na silniku. Na miejscu utworzyliśmy efektowną formację z kilkunastu jachtów i katamaranów wchodzących w skład naszej flotylli — widok, który zawsze robi wrażenie. Kilka godzin upłynęło nam na pływaniu, odpoczynku i leniwym zażywaniu słońca na pokładzie. W międzyczasie przygotowaliśmy pyszny obiad, który smakował wspaniale w otoczeniu turkusowej wody.
Kiedy przyszła pora ruszać w stronę Palmižany okazało się, że nasz ster zablokował się w pozycji skrętu w lewo i nie mogliśmy nim operować. Próbowaliśmy ustalić przyczynę na własną rękę, ale obsługa firmy czarterowej uznała, że konieczna będzie pomoc mechanika. Obiecano nam, że dotrze w ciągu godziny… jednak po trzech godzinach czekania i zachodzie słońca stało się jasne, że nigdzie już dziś nie popłyniemy.
Zostaliśmy więc na kotwicy w okolicy zatoki — na 5 metrach głębokości wyrzuciliśmy 30 metrów łańcucha, a wieczór spędziliśmy przy wspólnej kolacji i planszówkach (tym razem królował Hitster).
Niespodziewanie, mimo awarii, wyszło z tego całkiem przyjemne, spokojne zakończenie dnia. Na szczęście dla nas, wiatr tej nocy ustał i tak też miało pozostać aż do rana, więc nie musieliśmy się martwić ewentualnym zerwaniem kotwicy. Cisza i spokój jaki otaczał nas tego wieczoru był naprawdę czymś, czego wszyscy potrzebowaliśmy.
Pusta Blue Lagoon to miejsce, gdzie można poczuć spokój.
Blue Lagoon — Miejsce, w którym czas zwalnia.
Załogowa kuchnia w najlepszym wydaniu — prosto, świeżo i pysznie.
Flotylla ustawiona w formacji.
Piękny zachód słońca i puste, spokojne morze.
Mechanik dotarł do nas z rana. Z powodu trwającej naprawy, ruszyć dalej mogliśmy dopiero o 11:30. Okazało się, że przyczyną awarii był wyciek płynu hydraulicznego w układzie sterowania. Wysłużona uszczelka została wymieniona, a płyn uzupełniony. Ster wrócił do życia, ale czasu już nie dało się nadrobić, dlatego całą trasę do Palmižany pokonaliśmy na silniku, żeby zdążyć do portu przed godziną 16–17, ze względu na duże obłożenie i możliwy brak miejsc.
Pogoda tego dnia znów dopisała: temperatura oscylowała wokół 22 stopni Celsjusza, towarzyszyły nam pełne słońce i zaledwie 3 węzły wiatru. Idealne warunki na spokojny rejs, choć niekoniecznie na żeglowanie. Zatem po podniesieniu kotwicy, ustawiliśmy trasę na port w Palmižanie i mogliśmy w spokoju poczytać książki, poopalać się na dziobie czy przygotować przekąski.
Do celu dopłynęliśmy o czasie, gotowi na kolejny etap naszej dalmackiej wyprawy. Zatrzymaliśmy się ustawieni rufą do kei, a na dziobie katamaranu obłożyliśmy dostępne muringi. Po odpięciu relingów, wyciągnęliśmy trap, a większość załogi śpiesznie pognała do sanitariatów. Kapitan wraz z kilkoma osobami zrobił klar na pokładzie, podłączył nas do mediów oraz załatwił formalności z kierownikiem mariny.
Palmižana to raj dla tych, którzy lubią połączenie natury i dobrej kuchni. Zatoka otoczona jest bujną roślinnością, a po zejściu na ląd czekają restauracje ukryte wśród drzew. To świetna baza wypadowa do Hvaru, ale może też być celem samym w sobie. Niestety, byliśmy tam jeszcze przed rozpoczęciem sezonu, więc większość lokali gastronomicznych była nadal zamknięta.
O godzinie 20:00 czekała nas impreza w Hvarze, więc po zacumowaniu każdy obrał własny rytm przygotowań. Część załogi wybrała plażowanie i leniwe popołudnie w słońcu, a reszta urządziła sobie małą „bazę” na pokładzie: gotowanie, rozmowy, muzyka i powolne szykowanie się na wyjazd do słynącego z dobrze zorganizowanych imprez Kiva Baru.
Marina otoczona zielenią — jedno z najładniejszych miejsc w okolicy.
Jeszcze pusty i spokojny port w Palmižanie.
Marina otoczona sosnami i turkusową wodą.
Do Hvaru dostaliśmy się taksówkami wodnymi, które kursują regularnie między wyspami. Koszt przejazdu w obie strony to 20 EUR za osobę, płatne wyłącznie gotówką i z góry. Warto pamiętać, by nie zgubić biletu — bez niego nie da się wrócić na łódź. Sama podróż była krótką, ale klimatyczną przejażdżką po spokojnej, wieczornej wodzie, a widok na rozświetlony Hvar tylko podkręcał imprezowy nastrój.
Po dopłynięciu postanowiliśmy jeszcze wykorzystać ciepły, spokojny wieczór i wybrać się na krótki spacer po urokliwych uliczkach. Nocą miasteczko nabiera zupełnie innego charakteru — światła restauracji odbijają się w kamiennych fasadach, a z każdej strony słychać muzykę i rozmowy turystów.
Przechadzając się między jasnymi, wypolerowanymi przez czas schodami i kamiennymi zaułkami, mieliśmy wrażenie, że Hvar pokazuje nam swoje bardziej intymne oblicze. Z portu unosił się zapach morza, a lekki wiatr przynosił dźwięki z pobliskich barów. To był idealny moment, by na chwilę zwolnić, rozejrzeć się dookoła i po prostu chłonąć atmosferę miasta, które nocą żyje własnym rytmem. Taki spontaniczny spacer okazał się jednym z tych drobnych, nieplanowanych momentów, które później wspomina się z największym sentymentem.
Impreza w Kiva Barze trwała do pierwszej w nocy i, jak można się było spodziewać, energia nie opadała ani na chwilę. Ostatnie wodne taksówki wracały do Palmižany o 2:00, więc wszystkie załogi ustawiły się w długiej, rozgadanej kolejce, czekając na transport przez spokojną, nocną zatokę. Gdy tylko dotarliśmy z powrotem na nasze jachty, zmęczenie po całym dniu i intensywnym wieczorze dało o sobie znać — każdy szybko rozszedł się do koi, a marina w Palmižanie w końcu ucichła. Poranek ze względu na szaloną noc miał rozpocząć się później, a plan na środę przewidywał jedynie dwugodzinne spokojne żeglowanie.
Hvar, pełny kolorów, zapachów i wakacyjnej energii.
Ciasne, klimatyczne uliczki Hvaru.
Nocą przed sezonem większość bocznych uliczek Hvaru pustoszeje.
Dzień zaczął się wyjątkowo spokojnie — „z samego rana” oznaczało tym razem godzinę 12:00, kiedy powoli szykowaliśmy się do wyjścia z Palmižany i ruszenia w stronę Starego Gradu.
Zanim jednak odeszliśmy od kei, musieliśmy chwilę poczekać. Jednostki stojące bliżej wyjścia z portu powoli szykowały się do manewrów, a my woleliśmy dać im przestrzeń, żeby samemu mieć jak najwięcej miejsca na bezpieczne wyjście z mariny. Palmižana bywa ciasna, zwłaszcza w godzinach szczytu, więc cierpliwość naprawdę popłaca.
Gdy tylko zrobiło się luźniej, odcumowaliśmy i rozpoczęliśmy kolejny etap naszej dalmackiej przygody — z lekkim wiatrem, spokojnym morzem i dobrym nastrojem na pokładzie. Po opuszczeniu mariny i obraniu kursu na zachód szybko stało się jasne, że to nie będzie leniwa przeprawa: wiatr w porywach dochodził do 25 węzłów, a temperatura spadła do 16–17°C, co dawało idealne warunki do dynamicznego żeglowania. Fala była umiarkowana, a kurs prowadził nas wzdłuż malowniczych brzegów Hvaru — raz w słońcu, raz w cieniu przelotnych chmur. Środa przyniosła nam klasyczny żeglarski dzień — trochę wiatru, trochę adrenaliny i malowniczą trasę.
Katamaran pięknie pracował na żaglach, a my mogliśmy nacieszyć się pełnym spektrum dalmackiej pogody: od mocniejszych podmuchów, po spokojniejsze chwile, kiedy wiatr na moment odpuszczał. Przed 15:30 dopłynęliśmy do Starego Gradu, lecz na wejście do samego portu musieliśmy poczekać, aż jednostki, które przypłynęły przed nami, zacumują w porcie. Po 20 minutach, obróciliśmy katamaran i podpłynęliśmy do kei. Nabrzeże w Starym Gradzie znajduje się w centrum miasteczka, więc podczas manewru obserwowali nas spacerowicze.
Po południu zeszliśmy na ląd, żeby trochę odpocząć i poczuć tutejszy klimat. Stari Grad to jedna z najstarszych i najbardziej przyjaznych żeglarzom miejscowości w Chorwacji. Szeroka zatoka daje dużo możliwości cumowania, a spacer po starówce to podróż w czasie — kamienne domy, wąskie uliczki i spokojny rytm dalmackiego życia.
Stari Grad, jedno z najstarszych miast Chorwacji.
Lokalny „mieszkaniec” pilnujący wąskich uliczek.
Spokojny port, idealny na popołudniowy spacer.
Lokalne galerie i murale dodają miastu artystycznego charakteru.
Uliczki Starego Gradu.
Środę zakończyliśmy w wyjątkowy sposób — tego wieczoru czekała nas wycieczka do malowniczej Hory na pekę. To tradycyjna potrawa i metoda gotowania wywodząca się z Dalmacji. Składa się z mięsa (np. jagnięciny, cielęciny) lub owoców morza (przede wszystkim z ośmiornicy) oraz warzyw, duszonych i pieczonych we własnych sokach pod masywną, żeliwną lub stalową pokrywą (również nazywaną peką).
Do Hory wybraliśmy się pieszo — 30‑minutowy spacer z portu w Starym Gradzie wiódł przez spokojne, słoneczne ścieżki, a po drodze towarzyszyły nam przepiękne widoki na okoliczne wzgórza i winnice. Sam teren Hory okazał się niezwykle malowniczy: kamienne zabudowania, zapach ziół i winnice ciągnące się po horyzont tworzyły atmosferę, w której łatwo się zatracić.
Słoneczny spacer do Hory przez kamienne ścieżki.
Widoki, które same proszą się o zatrzymanie i zrobienie zdjęcia.
Howa — początek kulinarnej i winiarskiej przygody.
Historia powstania Hory.
Rzędy winorośli ciągnące się aż po horyzont.
Na miejscu przywitali nas gospodarze, którzy opowiedzieli historię tego miejsca oraz przedstawili plan wieczoru. W cenie 50 EUR od osoby mieliśmy degustację win i lokalnych alkoholi, przystawki oraz danie główne. Do wyboru była peka mięsna lub z ośmiornicą; obydwie były świeże, aromatyczne i przygotowane według tradycyjnej receptury, którą czuć było w każdym kęsie.
Atmosfera sprzyjała długim rozmowom i biesiadowaniu przy wspólnych stołach. Po kolacji można było kupić lokalne produkty: wina, nalewki, mydełka czy olejki lawendowe — idealne pamiątki z wyspy. W drogę powrotną ruszyliśmy już autokarem, razem z resztą ekipy, syci, zrelaksowani i pełni wrażeń. Po dotarciu do portu panowie zaplanowali grę w pokera, a kobieca część załogi wybrała grę karcianą uno.
Złote światło nad winnicami Hory — idealne zakończenie wieczoru z peką.
Uroczy strażnik dalmackich winnic.
Peka, tradycyjne danie przygotowywane pod żeliwną pokrywą.
Kolejnego dnia mieliśmy do pokonania mniej więcej 20 mil morskich do Milnej. Ze Starego Gradu planowaliśmy wypłynąć o godzinie 12:00, gdyż poranek chcieliśmy przeznaczyć na zakupy najpotrzebniejszych produktów w lokalnym markecie. Część załogi chciała również rozpocząć dzień aktywnie, biegając po okolicy miasteczka. Ja wraz ze skipperem wybrałam się na szybką kawę w Kogoma Coffee Roasting, prowadzoną przez Amerykanów, oraz lody w polecanej lodziarni aRoma Gelato Experience. Następnie wróciliśmy na katamaran i omówiliśmy manewr wyjścia z portu.
Wyjście ze Starego Gradu było niespokojne, gdyż w okolicach godziny 10:00 towarzyszyły nam silne dopychające podmuchy wiatru o prędkości do 30 węzłów. Sąsiadujące jachty jednokadłubowe miały problemy przy odejściu od kei, ich dzioby zostały zepchnięte na inne jednostki. W ruch poszły odbijacze i obyło się bez stłuczek i strat materialnych. Nasz manewr był szybki, sprawny i na szczęście bezproblemowy. Wiatr nam zdecydowanie nie pomagał, ale sternik panował nad sytuacją.
Spora fala i bardzo zimny jak na maj wiatr, towarzyszył nam niemal do samego portu w Milnej. Większość załogi przyjęła pozycję horyzontalną i walczyła z nudnościami. Należy pamiętać, że przy złym samopoczuciu spowodowanym tak zwaną chorobą morską, lepiej przebywać na pokładzie i znaleźć sobie konkretne zajęcie, na przykład stanie przy sterze czy patrzenie w jeden punkt na lądzie.
Po trzech godzinach żeglugi dotarliśmy do celu. Tutaj ponownie, w porcie był duży ruch i na samo podejście do kei musieliśmy poczekać. Krążyliśmy prawie 20 minut zanim wreszcie mogliśmy zacumować. Położona w głębokiej, naturalnie osłoniętej zatoce Milna słynie jako jedno z najlepszych miejsc do cumowania na całym Braču. Już od wejścia do portu widać charakterystyczne kamienne domy, czerwone dachy i spokojną wodę, która zachęca do zatrzymania się tu na dłużej.
Podczas trasy do Milnej mijaliśmy jednostki idące w imponujących przechyłach.
Pierwszy widok na Milnę.
Milna, jedna z najpiękniejszych marin na Braču.
Port, który wita żeglarzy od setek lat.
Kamienne nabrzeże i pastelowe domy.
Spokojna zatoka, idealna na nocleg pod gwiazdami.
W zatoce znajduje się kilka portów, w tym nowoczesne mariny z pełnym zapleczem: prąd, woda, prysznice, a także sklepy i piekarnie w zasięgu krótkiego spaceru. To świetna baza wypadowa zarówno na Hvar, jak i na dalsze wyspy archipelagu.
Dlaczego żeglarze tu wracają? Milna łączy w sobie wszystko, czego potrzeba podczas rejsu: bezpieczne schronienie, piękne widoki, lokalną kuchnię i spokojną atmosferę, która pozwala naprawdę odpocząć. To idealne miejsce na wieczorny spacer po nabrzeżu, kolację w konobie i poranną kawę z widokiem na zatokę.
Po wyłączeniu silników przekazaliśmy dokumenty katamaranu kierownikowi mariny, podłączyliśmy się do prądu i poszliśmy na krótki spacer po miasteczku. Część z nas skorzystała z ostatnich promieni słońca i wybrała się na dłuższy spacer w stronę plaży.
O godzinie 17:00 wybraliśmy się wspólnie do rodzinnej winnicy i tłoczni oliwy Bijele Vino — jednego z ciekawszych punktów miasteczka, o którym słyszeliśmy wcześniej dużo dobrego. Zakład działa nieprzerwanie od ponad 350 lat. Wizyta tam to prawdziwa podróż w czasie: tradycyjne techniki, ręczne tłoczenie oliwy i butelkowanie na miejscu sprawiają, że każdy zakup jest czymś wyjątkowym. Tutejsza oliwa nie trafia do masowej sprzedaży — można ją dostać wyłącznie na miejscu, co czyni z niej idealną pamiątkę z podróży.
Gospodarze chętnie opowiadają o historii swojej produkcji, a odwiedzający mogą spróbować nie tylko białego wina, ale też lokalnego Proseku — słodkiego, aromatycznego trunku, który świetnie oddaje charakter regionu. To miejsce, które warto wpisać na swoją listę, jeśli chce się poczuć prawdziwy smak Chorwacji i wesprzeć wielopokoleniową, rodzinną tradycję. Wejście kosztowało 5 EUR od osoby — niewielka cena za tak przyjemne doświadczenie. Zwiedzanie wraz z degustacją trwają 40 minut.
Bijelo Vino, czyli lokalne białe wino popularne wśród państw bałkańskich. To jeden z tych regionalnych skarbów, które szybko podbijają serca odwiedzających. Graševina to najpowszechniejszy biały szczep w Chorwacji. Powstają z niego lekkie, rześkie wina z wyczuwalnymi nutami jabłka i migdałów. W Hercegowinie znajdziemy endemiczny szczep o nazwie Žilavka, o lekko cytrusowo-ziołowym posmaku, zaś Malvazija Istarska pochodzi z rejonu Istrii i ma charakterystyczny brzoskwiniowy aromat.
Lokalna duma Bałkanów: lekkie, świeże białe wino.
Drewniane beczki, w których wcześniej leżakował bourbon, nadają winu wyjątkowy aromat.
Degustacja w miejscu, gdzie winiarska tradycja sięga kilkuset lat.
Tam, gdzie oliwa i wino powstają tak, jak przed setkami lat.
W tym miejscu możecie skosztować lokalnych win.
Tradycyjne narzędzia, które wciąż służą lokalnym winiarzom.
Po degustacji zrobiliśmy jeszcze małe zakupy, w tym kilka litrów oliwy, słodkiego wina i lokalnych mydeł z lawendy.
Wieczór w Milnej upłynął nam na spokojnej imprezie w Cafe Bar Vox. Według chorwackiego prawa, które jest restrykcyjnie egzekwowane, cisza nocna rozpoczyna się punkt 22:00. Wszelkie naruszenia są surowo karane mandatami, dlatego też po kilku godzinach tańca, wszyscy wróciliśmy na swoje jachty i kontynuowaliśmy wieczór w messach.
Ostatni dzień na morzu miał być połączony z postojem w zatoce, jeśli pozwalałaby na to pogoda, oraz na powrocie do mariny macierzystej. Pobudka była zaplanowana na 9:00. Rano, niewyspani wyszliśmy z portu jako jedni z pierwszych i kierowaliśmy się do Široka uvala.
Wiatr o prędkości 15 węzłów towarzyszył nam przez całą trasę, tam zaś jedynie kilka miejsc było mocniej osłoniętych od wiatru i właśnie w jednym z nich rzuciliśmy kotwicę na głębokości 10 m i wykąpaliśmy się we wciąż zimnym morzu. Spędziliśmy miło czas gotując i korzystając z ostatnich ciepłych promieni słońca.
Po kilku godzinach na wodzie ruszyliśmy w krótką drogę powrotną do mariny w Trogirze. Jak zawsze w ostatni dzień rejsu czekała nas klasyczna żeglarska rutyna: tankowanie, manewry portowe, cumowanie, zdanie jachtu i pakowanie.
Kolejka do stacji paliw w Marinie Baotić była imponująca — kilkanaście jachtów ustawionych jeden za drugim, jednak wszystko szło zaskakująco sprawnie. Przy samej stacji znajduje się osiem stanowisk, choć przy większych jednostkach, takich jak katamarany, realnie mogą tankować cztery naraz. Po tylu godzinach pracy na silniku rachunek za paliwo wyniósł 200 EUR.
Po bezpiecznym odejściu od stacji skierowaliśmy się na nasze miejsce postojowe. Ruch w marinie był spory — jak to w piątek — ale ostatni manewr poszedł nam gładko. Zostało już tylko zdać jacht i… pożegnać się z Chorwacją.
Krótki rejs w stronę spokojnej, szerokiej zatoki.
Zatoka, w której można poczuć prawdziwy spokój Adriatyku.
Wycieczki na pontonie wgłąb zatoki.
Na zwiedzanie Trogiru nie starczyło nam już czasu, ale to na pewno powód, by w przyszłości jeszcze tam wrócić. Ostatni wieczór spędziliśmy w świetnym towarzystwie innych załóg, wymieniając się historiami z rejsu i — jak to zwykle bywa — planując kolejny wspólny wyjazd.
Nasz czas w Chorwacji dobiegł końca. Jeśli cenicie sobie spokojne żeglowanie i krótkie, przyjemne przeloty, ta trasa będzie dla was idealna. To rejs, w którym można naprawdę zwolnić, nacieszyć się widokami i klimatem Dalmacji, zamiast gonić kolejne mile. Idealny wybór dla tych, którzy lubią balans między żeglowaniem, a odpoczynkiem i chcą wracać do portu z poczuciem, że naprawdę byli na wakacjach.