zawiani.pl
Zatoka Kotorska, z Chorwacji do Czarnogóry

Zatoka Kotorska, z Chorwacji do Czarnogóry

Tomasz Cieślar Tomasz Cieślar

29 czerwca 2026

Czarnogóra od dawna mnie kusiła. Leży blisko Chorwacji, ale wciąż sprawia wrażenie miejsca mniej oczywistego i opływanego przez załogi czarterowe. Przepłynięcie z Dubrownika na czarnogórskie wody wiązało się też z przejściem odpraw granicznych, co również stanowiło nowe doświadczenie.

Trasa rejsu

Przygotowanie do rejsu oraz procedury graniczne

Rejs zaplanowaliśmy na pierwszą połowę maja 2026 roku. W samej Czarnogórze praktycznie nie ma firm oferujących jachty. Najrozsądniejszym rozwiązaniem było więc wynająć jacht po chorwackiej stronie Adriatyku i popłynąć na południe. Najłatwiej rejs zacząć w Dubrowniku, który jest bardzo wygodny pod względem logistycznym: lotnisko, w okolicy działa wiele firm czarterowych, a granica z Czarnogórą znajduje się blisko.

Od początku wiedzieliśmy, że ten rejs będzie trochę inny. Nie chodziło tylko o kolejne chorwackie wyspy, zatoki i mariny. Tym razem mieliśmy przekroczyć granicę, załatwić odprawy, popłynąć na mniej znane wody i sprawdzić jak Czarnogóra wygląda z pokładu jachtu.

Szukamy autorek i autorów relacji z rejsów!

Chcesz dołączyć do naszej redakcji? Przeczytaj jak aplikować.

Planując rejs w tym regionie, trzeba już na etapie rezerwacji jachtu poinformować firmę czarterową, że zamierzamy opuścić wody terytorialne Chorwacji i popłynąć do Czarnogóry. To bardzo ważne, ponieważ taki rejs wymaga dodatkowych formalności.

Jacht czarterowaliśmy w firmie Navigare Yachting, katamaran Bali 4.6 o długości 14,3 m, szerokości 7,6 m i zanurzeniu 1,2 m. Musieliśmy uzyskać zgodę armatora na wypłynięcie poza Chorwację oraz wykupić dodatkowe ubezpieczenie. Koszt takich dokumentów wyniósł 300 EUR. Nie jest to mała kwota, ale bez tych formalności nie można legalnie zrealizować takiej trasy.

Przed opuszczeniem Chorwacji należy zgłosić ten fakt straży granicznej. Przy odprawie należy okazać paszporty, dokumenty jachtu, pozwolenie na opuszczenie Chorwacji oraz listę załogi. Najwygodniej zrobić to w Cavtat, ponieważ znajduje się po drodze na południe. Dopiero po odprawie można kontynuować rejs w stronę Czarnogóry.

Po wpłynięciu na wody Czarnogóry trzeba z kolei wywiesić pod prawym salingiem flagę „Q” Międzynarodowego Kodu Sygnałowego — żółtą, odwiedzić jeden z tak zwanych portów wejścia, aby przejść odprawę graniczną, znów pokazać dokumenty oraz wykupić winietę pozwalającą na żeglugę po wodach Czarnogóry. W naszym przypadku kosztowała ona 110 EUR. Po dokonaniu odprawy należy zdąć flagę „Q” i zamiast niej wywiesić banderę Czarnogóry. Dopiero po tych procedurach można skierować się do wybranego portu lub na kotwicowisko. W Czarnogórze takiej odprawy można dokonać w Kotorze, Tivacie, Zelenice, Budvie i Barze. My wybraliśmy Zelenikę, ponieważ leży najbliżej granicy z Chorwacją. Według informacji uzyskanych od Navigare Yachting port miał być czynny całą dobę, co dawało nam większy komfort planowania trasy.

Wracając do Chorwacji, trzeba przejść całą procedurę w odwrotnej kolejności. Najpierw należy wymeldować się w Czarnogórze, a następnie zgłosić wejście do Chorwacji w chorwackiej straży granicznej. W praktyce oznacza to kolejne postoje przy nabrzeżach granicznych, pokazanie dokumentów i odczekanie, aż wszystkie formalności zostaną zakończone.

Warto dobrze uwzględnić to w planie rejsu. Odprawy zazwyczaj idą sprawnie, ale mogą zabrać czas w najmniej wygodnym momencie. W sezonie, przy większej liczbie jachtów i statków wycieczkowych, trzeba liczyć się z kolejkami.

Ruszamy na nieznane wody

Jacht odebraliśmy w sobotę, dopiero o 19:00. Dla mnie był to wyjątkowo intensywny dzień, ponieważ rano kończyłem inny rejs w Gdyni. O 9:00 schodziłem z pokładu, a zanim dotarłem do mariny w Dubrowniku, była już godzina 18:00. W praktyce niemal prosto z jednego jachtu trafiłem na drugi.

ACI Marina Dubrovnik, z której startowaliśmy, znajduje się 20–30 minut jazdy autobusem od centrum miasta. Gdyby udało się odebrać jacht wcześniej, można byłoby jeszcze tego samego dnia wypłynąć i stanąć na kotwicy w Gronje Celo. My jednak nie chcieliśmy robić niczego w pośpiechu. Po tak długim dniu lepszym rozwiązaniem było spokojne przejęcie jachtu, rozpakowanie rzeczy i rozpoczęcie rejsu dopiero następnego dnia rano.

W niedzielę wyruszyliśmy na południe. Pierwszym krótkim postojem był Cavtat, gdzie czekała nas odprawa graniczna, uzupełnienie zakupów i przygotowanie do dalszej drogi. Był to ten moment, w którym rejs przestawał być zwykłym chorwackim czarterem. Po formalnościach mieliśmy zostawić za rufą znane wody i skierować się do Czarnogóry.

Warunki żeglarskie tego dnia nie rozpieszczały. Wiatr był mało sprzyjający, a po południu praktycznie zanikł, więc odcinek do Zeleniki pokonaliśmy głównie na silniku. Po drodze jest zatoka Molunat, ale jeśi jesteśmy już po odprawie, to nie możemy na terenie Chorwacji się zatrzymać, jeśli to zrobimy to straż graniczna może nałożyć mandat, kilkaset euro.

Późnym popołudniem zacumowaliśmy przy nabrzeżu granicznym w Zelenice. Sama procedura poszła sprawnie. Odprawa, kontrola paszportowa, zakup winiety i bandery Czarnogóry zajęły nam około 40 minut. W sezonie może to oczywiście potrwać dłużej.

Armator nie wyposażył nas w banderę Czarnogóry, a w Chorwacji nie udało mi się jej wcześniej kupić. Na szczęście podczas odprawy można było nabyć ją na miejscu za 15 EUR. To drobiazg, ale pokazuje, że przy rejsach poza Chorwację warto wcześniej sprawdzić takie szczegóły.

Był już wieczór, więc po zakończeniu formalności skierowaliśmy się do najbliższego portu w Meljine. Postój katamaranem kosztował nas 250 EUR. Nie była to najtańsza noc, ale po długim dniu i przekroczeniu granicy ważniejsze było spokojne zacumowanie niż szukanie alternatywy po ciemku.

Wieczorem wyszliśmy na kolację. W samym porcie działa restauracja, ale zdecydowaliśmy się pójść dalej. Niestety jedzenie nie zrobiło na nas najlepszego wrażenia. Bywa i tak. Pierwszy dzień rejsu dał nam jednak to, czego oczekiwaliśmy: przekroczyliśmy granicę, weszliśmy na czarnogórskie wody i mogliśmy zacząć właściwą część przygody.

Dalej na południe

W poniedziałek wypłynęliśmy o 9:00 i obraliśmy kurs na Budvę. Po drodze podpłynęliśmy do jednego z dawnych bunkrów dla okrętów podwodnych. Takie miejsca robią duże wrażenie, szczególnie gdy ogląda się je od strony morza. Betonowe wejścia ukryte w skalistym brzegu przypominają, że ten spokojny dziś fragment Adriatyku miał kiedyś zupełnie inne znaczenie.

Wiatr ponownie nie ułatwiał nam żeglugi. Przez pewien czas próbowaliśmy żeglować, ale po kilku halsach stało się jasne, że tego dnia efektywniej popłyniemy na silniku. Żagle poszły precz, a my kontynuowaliśmy trasę w stronę Budvy.

Wpływając do portu przy starym mieście, napotkaliśmy problem organizacyjny. Przez radiotelefon dostaliśmy informację, że mamy zacumować przy nabrzeżu „K”. Kłopot w tym, że nabrzeża nie były wyraźnie oznaczone. Kręciliśmy się więc pomiędzy pomostami, wywoływaliśmy obsługę przez radio i próbowaliśmy zrozumieć kolejne instrukcje. Dopiero po pewnym czasie na nabrzeżu pojawił się pan z obsługi i wskazał nam właściwe miejsce. Zarówno tutaj, jak i w każdym kolejnym porcie pytano nas, czy chcemy podejść do odprawy granicznej. To dość charakterystyczne dla rejsu po Czarnogórze — formalności są tam stale obecne gdzieś w tle, nawet jeśli danego dnia nie planuje się przekraczać granicy.

Pierwsze wrażenie po wejściu do Budvy było mieszane. Wybrzeże, które mogłoby być wizytówką miasta, przypominało ogromny plac budowy. Wyrastają tam wysokie hotele i apartamentowce, a całość wygląda chaotycznie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nowoczesna zabudowa zaczyna odbierać temu miejscu dawny charakter.

Na szczęście wystarczy przejść przez bramę starego miasta, aby znaleźć się w zupełnie innym świecie. Budva ma pięknie zachowaną starówkę położoną na niewielkim półwyspie. Kamienne uliczki, niewielkie place, sklepy z pamiątkami, restauracje i bary z jedzeniem na wynos tworzą przyjemny, wakacyjny klimat. Wśród lokalnych ciekawostek trafiliśmy nawet na pizzę na słodko z truskawkami. Odważne połączenie, ale właśnie takie drobne rzeczy najlepiej zapamiętuje się z podróży.

Symbolem Budvy jest pomnik baletnicy, położony około 200 metrów na południowy zachód od murów starego miasta. Warto przejść się w tamtą stronę, bo to jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków w okolicy. Można również wejść na mury obronne, ale koszt wynosił 10 EUR od osoby i tę atrakcję sobie odpuściliśmy. Na spokojne zwiedzanie starego miasta warto przeznaczyć około godziny. To wystarczy, aby przejść najważniejsze uliczki, zajrzeć na kilka placów i poczuć klimat tego miejsca. Trzeba tylko pamiętać, że po opuszczeniu murów ponownie wraca widok placu budowy. Wtedy ma się ochotę jak najszybciej wrócić na wodę.

Luksusowy hotel i wejście do Zatoki Kotorskiej

Na południe od Budvy, około 30 minut żeglugi, znajduje się półwysep Sveti Stefan. To dawna wioska rybacka zamieniona w ekskluzywny hotel, uznawany za jeden z najbardziej wyjątkowych obiektów tego typu w Europie. Przez kilka lat miejsce było zamknięte, ale w maju 2026 roku ponownie je otwarto. Oglądaliśmy Sveti Stefan tylko z zewnątrz. Z pokładu jachtu wygląda bardzo malowniczo — kamienne zabudowania, czerwone dachy i wąskie przesmyki tworzą obrazek niemal pocztówkowy. Jednocześnie czuć, że nie jest to już zwykła nadmorska osada, ale przestrzeń luksusu, do której większość ludzi może zajrzeć jedynie z dystansu.

Był to najbardziej na południe wysunięty punkt naszego rejsu. Dalej obraliśmy kurs na północ, w stronę Zatoki Kotorskiej. Czekał nas długi przelot: 34 mile morskie, ponad 8 godzin żeglugi. Przez kilka godzin płynęliśmy na żaglach, ale gdy prędkość wiatru spadła do 3 węzłów, ponownie musieliśmy wspomóc się silnikiem. Tak bywa na rejsach — czasem planuje się piękną żeglugę, a morze szybko przypomina, że to ono decyduje o tempie podróży.

Wejście do zatoki robi ogromne wrażenie. Krajobraz zmienia się stopniowo. Otwarty Adriatyk ustępuje miejsca wodzie otoczonej górami, a trasa zaczyna przypominać podróż po wielkim fiordzie. Z każdym kolejnym zakrętem zatoka odsłania nowe widoki.

Późnym popołudniem zacumowaliśmy w Tivacie. To zupełnie inny świat niż Budva czy Meljine. Dawny port wojskowy został zamieniony w luksusową marinę Porto Montenegro. Przy nabrzeżach stoją duże, drogie jachty, a promenada bardziej przypomina elegancki kurort niż klasyczny port żeglarski. Można tu wynająć pokój w hotelu lub apartament, przejść się po sklepach znanych światowych marek, obejrzeć wystawy luksusowych zegarków i odzieży, a wieczorem usiąść w restauracji z widokiem na jachty. Wszystko jest czyste, dopracowane i bardzo eleganckie.

Za postój w marinie zapłaciliśmy 270 EUR. Był to najdroższy port podczas całego rejsu. Musieliśmy też odwiedzić sklep żeglarski, ponieważ w Budvie zgubiliśmy trap. Nowy kosztował 250 EUR — całkiem sporo jak za „kawałek deski”, ale bez niego codzienne schodzenie z katamaranu byłoby bardzo niewygodne.

Wieczorem trafiliśmy do restauracji Mala Barka. Serwowano tam dobre owoce morza, a dodatkowym atutem była muzyka na żywo. Po intensywnym dniu, pełnym żeglugi i technicznych spraw, taki wieczór był bardzo przyjemnym zakończeniem etapu.

W okolicy Tivatu znajduje się również dobrze osłonięte kotwicowisko, więc dla załóg, które nie chcą płacić wysokich opłat w marinie, może to być ciekawa alternatywa.

Kotor zdobyty

Tivat to dopiero „połowa” Zatoki Kotorskiej. Jej najpiękniejsza część zaczyna się dalej, gdy woda wcina się głębiej między góry, a brzegi stają się coraz bardziej strome. Na samym końcu tej drogi znajduje się Kotor — miasto zamknięte między wodą a skalnymi zboczami.

Po drodze opłynęliśmy wysepkę Gospa od Škrpjela, na której znajduje się kościół. To jedno z najbardziej urokliwych miejsc w zatoce. Trzeba jednak uważać na duży ruch motorówek. Pływają bardzo szybko, dowożąc i odbierając turystów, dlatego w tej okolicy trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Marina w Kotorze naprawdę znajduje się na samym końcu zatoki. Dalej nie da się już popłynąć. Od strony wody jest dobrze schowana za murami miasta i na początku nie rzuca się w oczy. Dopiero po podejściu bliżej widać, że cumuje się praktycznie u stóp starego miasta. Postój kosztował nas 200 EUR. Tego dnia było sporo wolnych miejsc, ale w sezonie bez wcześniejszej rezerwacji może być znacznie trudniej. Alternatywą może być niewielki port w rejonie Prčanja.

Kotor od razu robi wrażenie. Stare miasto jest pełne wąskich uliczek, małych placów, sklepów z pamiątkami i restauracji nastawionych na turystów. Widać, że to jedno z najpopularniejszych miejsc w Czarnogórze, ale mimo tłumów nadal ma wyjątkowy klimat. Można przejść się murami miejskimi. W maju wstęp był darmowy, więc warto było skorzystać z tej możliwości.

Najważniejszym punktem naszego zwiedzania było wejście na punkt widokowy nad miastem. Trasa ma około 1,3 kilometra długości i 217 metrów przewyższenia. Dla osób mniej wysportowanych podejście może zająć około godziny. Nie jest to wspinaczka trudna technicznie, ale w upale potrafi dać się we znaki. Koniecznie trzeba zabrać wodę i nakrycie głowy, bo po drodze praktycznie nie ma cienia.

Im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej otwierał się widok na zatokę. Najpierw widać było dachy starego miasta, potem marinę, później coraz większy fragment wody otoczonej górami. Każdy kolejny zakręt ścieżki dawał powód, żeby zatrzymać się na chwilę i zrobić zdjęcie. Widok z góry wynagradza cały wysiłek. Dopiero stamtąd widać, dlaczego Kotor był tak trudny do zdobycia. Miasto leży u podnóża wysokich zboczy, a jedyna prosta droga prowadzi od strony morza. Forteca górująca nad miastem dawała obrońcom ogromną przewagę.

Na samej górze można było kupić zimne napoje z lodówki, którą sprzedawca codziennie sam wnosi. Ceny były oczywiście adekwatne do wysokości, więc lepiej zabrać własne napoje. Po zejściu zrobiliśmy przerwę w barze, a później każdy poszedł w swoją stronę — jedni szukali pamiątek, inni spacerowali po uliczkach, a część po prostu chciała odpocząć po podejściu.

Kotor był jednym z najważniejszych momentów tego rejsu. Nie tylko dlatego, że to piękne miasto. Bardziej dlatego, że z pokładu jachtu dociera się tam w sposób wyjątkowy — powoli, przez całą zatokę, obserwując jak góry zamykają się wokół wody.

Długi powrót do Chorwacji

W czwartek rano chcieliśmy odprawić się w Kotorze, aby spokojnie opuścić Czarnogórę i wrócić do Chorwacji. Plan wydawał się prosty, ale szybko okazało się, że tego dnia Kotor żyje rytmem zupełnie innym niż nasz. Nad ranem przypłynęły cztery statki wycieczkowe. Do miasta wlały się tłumy ludzi: setki pasażerów, pełne restauracje i kolejki nawet przy bramach starego miasta. Straż graniczna nie miała dla nas czasu, więc odprawa w Kotorze okazała się niemożliwa.

Tak duże statki całkowicie zmieniają atmosferę miasta. Gdy w porcie stoją dwa, trudno przejść spokojnie głównymi ulicami. Przy czterech Kotor staje się naprawdę zatłoczony. Dodatkowo z każdego statku wypływa wiele łodzi, które dowożą turystów na brzeg. Trzeba bardzo uważać, bo ruch na wodzie robi się intensywny i chaotyczny.

Nie było sensu czekać. Odprawiliśmy się dopiero w Zelenice. Tam oszło szybko — całość zajęła niecałe 30 minut, ponieważ byliśmy jedynym jachtem przy nabrzeżu straży granicznej.

Czekał nas długi odcinek powrotny. Znów dużo płynęliśmy na silniku, bez wiatru i bez postojów po drodze — jeszcze raz zwracam uwagę, że po odprawie nie wolno nigdzie się zatrzymywać. Był to najbardziej „transportowy” dzień całego rejsu. Takie etapy nie zawsze są efektowne, ale są częścią żeglarskiej rzeczywistości, szczególnie gdy trzeba dopasować trasę do odpraw, pogody i terminu oddania jachtu.

Po odprawie granicznej w Chorwacji zostaliśmy na noc w Cavtat. W porcie, oprócz nas, stały tylko trzy jachty. Staliśmy na kotwicy i cumach z rufy do brzegu, ponieważ nie ma tam muringów. Za postój zapłaciliśmy 150 EUR, co jak na Chorwację można uznać za rozsądną cenę.

W tej okolicy planowana jest budowa dużej mariny. Jeśli rzeczywiście powstanie, może stać się bardzo ciekawą alternatywą dla żeglarzy wybierających ten region. Cavtat leży blisko lotniska w Dubrowniku, więc część firm czarterowych mogłaby w przyszłości przenieść tam swoją flotę. Dla załóg planujących rejs do Czarnogóry byłoby to bardzo wygodne rozwiązanie.

Po intensywnym dniu, Cavtat dał nam chwilę spokoju. Po tłumach w Kotorze i długiej drodze na silniku kameralny port, mniej jachtów i spokojniejszy wieczór były dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy.

Dużo wiatru na koniec

W piątek rano ruszyliśmy wcześnie. Prognozy i ostrzeżenia zapowiadały silny wiatr, więc nie chcieliśmy przeciągać powrotu do mariny. Został nam do pokonania ostatni odcinek do Dubrownika.

Podpłynęliśmy blisko starego portu w Dubrowniku, żeby zrobić kilka zdjęć od strony wody. To zawsze ciekawe doświadczenie — oglądać jedno z najbardziej znanych chorwackich miast nie z zatłoczonych ulic, ale z pokładu jachtu. Mury, dachy i port wyglądają z morza zupełnie inaczej.

Później skierowaliśmy się już w stronę ACI Marina Dubrovnik. Powrót trwał ponad trzy godziny. Przed wejściem do zatoki, złapały nas bardzo mocne podmuchy wiatru i deszcz. Pogoda przypomniała, że rejs jeszcze się nie skończył i nie można zbyt wcześnie odpuścić koncentracji. Ostatnie podejście do portu bywa czasem bardziej wymagające niż niejeden wcześniejszy etap.

Trochę czasu straciliśmy również w kolejce do tankowania. Teoretycznie dostępne były dwa dystrybutory, ale jachty ustawiały się w taki sposób, że realnie można było tankować tylko z jednego. Kolejka przesuwała się więc wolniej, niż powinna.

Warto pamiętać, że zatoka przy ACI Marina Dubrovnik jest ujściem rzeki. Jej nurt jest odczuwalny, dlatego trzeba brać to pod uwagę podczas podejścia i odejścia od stacji paliw. Przy silniejszym wietrze i większym ruchu może to wymagać dodatkowej uwagi.

To był mocny, żeglarski finał rejsu. Po spokojniejszych dniach w Zatoce Kotorskiej ostatni odcinek przypomniał, że Adriatyk potrafi bardzo szybko zmienić charakter.

Zwiedzamy Dubrownik

Sobota była dniem wyjazdu. Jacht opuściliśmy o godzinie 9:00, a samolot mieliśmy dopiero po 17:00. Dzięki temu zostało nam jeszcze kilka godzin na zwiedzanie Dubrownika.

Od rana w centrum było dużo ludzi, szczególnie na głównych ulicach starego miasta. Dubrownik jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Chorwacji i w sezonie potrafi być naprawdę zatłoczony. Wystarczy jednak lekko odbić od głównych tras w prawo lub w lewo, aby znaleźć spokojniejsze uliczki i na chwilę uciec od tłumów.

Właśnie takie boczne przejścia podobały mi się najbardziej. Bez pośpiechu, bez grup turystycznych, bez przewodników z chorągiewkami. Można wtedy zobaczyć miasto w spokojniejszym rytmie i poczuć jego prawdziwy charakter.

Na południu, nad brzegiem morza, znajduje się punkt widokowy. Trzeba odnaleźć niewielkie przejście w murach, aby do niego trafić. Jest tam również bar, więc można zatrzymać się na chwilę i popatrzeć na morze.

Po przeciwnej stronie starówki, po pokonaniu kilkunastu metrów podejścia, można dotrzeć do boiska sportowego, z którego roztacza się bardzo ładny widok na stare miasto. To dobra alternatywa dla wejścia na mury, które kosztuje około 40 EUR od osoby. My na tę atrakcję się nie zdecydowaliśmy.

Zamiast tego wybraliśmy się na wzgórze górujące nad miastem, gdzie znajduje się muzeum wojny. Niestety z powodu wiatru kolejka linowa była nieczynna. Normalnie wjazd i zjazd kosztują około 30 EUR od osoby, ale tym razem na górę zabrały nas taksówki. Na zwiedzanie mieliśmy około 40 minut. Pogoda nie była najlepsza, a przez deszcz nie udało się zrobić ładnych zdjęć z góry. Mimo to warto było tam pojechać, bo panorama Dubrownika z tej perspektywy pokazuje, jak wyjątkowo położone jest to miasto.

Po zjeździe wybraliśmy się do Konoby Pjatanca, która oferuje dobre potrawy z wołowiny. Był to nasz ostatni wspólny posiłek przed powrotem do domu.

Przejazd taksówkami z Dubrownika na lotnisko zajmuje około 40 minut. I właśnie tam, po kilku dniach żeglugi, odpraw granicznych, drogich marin, pięknych widoków i zmiennej pogody, zakończył się nasz rejs Chorwacja–Czarnogóra–Chorwacja.

Ten wyjazd nie był typowym chorwackim czarterem. Było więcej formalności, więcej planowania i kilka momentów, w których trzeba było improwizować. Ale właśnie dlatego był ciekawy. Czarnogóra zwiedzana z pokładu jachtu okazała się miejscem bardzo różnorodnym — z jednej strony pełnym luksusowych marin i dużych inwestycji, z drugiej oferującym jedne z najbardziej spektakularnych widoków na Adriatyku. Zatoka Kotorska zdecydowanie zostaje w pamięci. I jeśli ktoś szuka rejsu trochę innego niż klasyczna trasa po chorwackich wyspach, kierunek na południe może być bardzo dobrym wyborem.