zawiani.pl
Dzikie Wyspy Kanaryjskie — rejs z dala od masowej turystyki

Dzikie Wyspy Kanaryjskie — rejs z dala od masowej turystyki

Jakub Terlikiewicz Jakub Terlikiewicz

10 kwietnia 2026

Czy można pogodzić intensywne zwiedzanie lądu z dużą dawką oceanicznego żeglowania? Czy tygodniowa podróż pomiędzy Wyspami Kanaryjskimi pozwala uciec od tłumów i odkryć dziką naturę? Zdecydowanie tak! Odpowiedzią na powyższe pytania jest rejs na zachodnie wyspy: La Palmę i El Hierro. Oto nasza opowieść i sprawdzona recepta na nieszablonową wyprawę.

Trasa rejsu

Informacje o rejonie i terminie w pigułce

W Polsce listopadowe dni jawią się jako szare i boleśnie krótkie. W tym czasie Wyspy Kanaryjskie oferują słońce, przyjemną temperaturę 22–25 stopni Celsjusza i ocean nagrzany do około dwudziestu. Wiatry o tej porze roku są na ogół przewidywalne, z dominacją północno-wschodniego pasatu.

Archipelag kanaryjski to popularny kierunek wśród polskich załóg. Wybierając ten akwen, należy mieć świadomość jego specyfiki. Żeglarz przyzwyczajony do gęstej sieci portów i kotwicowisk w Grecji czy Chorwacji będzie zaskoczony stromą linią brzegową, którą tworzą skaliste klify. Jako że Bezpiecznych kotwicowisk jest tu niewiele, większość załóg decyduje się na postój w marinach, których w tym rejonie jest znacznie mniej niż na Morzu Jońskim czy Adriatyckim. Należy więc pamiętać o każdorazowej rezerwacji miejsca dla swojej jednostki.

Szukamy autorek i autorów relacji z rejsów!

Chcesz dołączyć do naszej redakcji? Przeczytaj jak aplikować.

Żeglowanie w tym rejonie wymaga poszanowania praw oceanu i posiadania wiedzy o lokalnych zjawiskach atmosferycznych i przyrodniczych. Trzeba pamiętać, że na Wyspach Kanaryjskich występują pływy o półdobowym rytmie, których skok wynosi, w zależności od wyspy i pory roku, od 1,50 do 2,50 metra.

Występują tu strefy przyspieszenia wiatru wywoływane przez efekt dyszy. Wystarczy oddalić się na zaledwie kilka mil od brzegu, a wiatr gwałtownie przybiera na sile. Jeśli prognoza mówi o czwórce w skali Beauforta, w strefie przyspieszenia spodziewajcie się podmuchów silniejszych o co najmniej dwa stopnie. Przeprawy z jednej wyspy na drugą zawsze wiążą się z przecięciem minimum jednej takiej strefy. Nie należy się ich obawiać — trzeba mieć jednak świadomość, że takie zjawiska tu występują, uwzględnić je w swoich planach i wykorzystać jako naturalne „autostrady”.

Można też doświadczyć tzw. kalimy, gdy silne wiatry przynoszą suche, gorące powietrze znad Sachary, a wraz z nim piaszczysty pył porwany przez pustynne burze. Kalima barwi niebo, ograniczając widoczność, pokrywając wszystko pomarańczowym kurzem i podnosząc temperaturę o 10, a czasem nawet więcej stopni.

Na opisywanej trasie, przeprawy między wyspami zajmowały nam zazwyczaj około 10 godzin. Właśnie dlatego tak ochoczo polecam ten rejon. Odległości są wystarczająco duże, aby nacieszyć się żeglowaniem, a jednocześnie nie wyczerpują załogi, co zostawia wolny czas i siły do intensywnego zwiedzania lądu.

Rejsy po Wyspach Kanaryjskich najczęściej rozpoczyna się na Teneryfie, gdzie ulokowane są bazy większości firm czarterowych. W ciągu jednego tygodnia nie da się opłynąć całego archipelagu, choć odległości między poszczególnymi wyspami na pierwszy rzut oka nie wydają się duże. Startując z Teneryfy wielu żeglarzy kieruje się na wschód, ku wybrzeżom Gran Canarii, Fuerteventury czy Lanzarote. My jednak obraliśmy przeciwny kurs.

Położone na zachodzie wyspy La Palma i El Hierro są znacznie mniej popularne wśród turystów hotelowych. Przyroda na nich jest dzika i zapiera dech w piersiach na każdym kroku. Tamtejszy wilgotny mikroklimat sprawia, że szczyty gór są otulane gęstymi chmurami, oferując spektakularne widoki. Podczas spacerów robi to niesamowite, mistyczne wrażenie przenosząc do innego świata. Trasa „zachodnia” to kierunek dla załóg ciekawskich, głodnych natury oraz oceanicznej żeglugi.

Zanim oddasz cumy — logistyka, wybór jachtu i portowa rzeczywistość

Rejs rozpoczęliśmy w Puerto Deportivo Radazul na wschodnim wybrzeżu Teneryfy, gdzie swoją bazę ma firma czarterowa Alboran. W przypadku podróży na Teneryfę do wyboru mamy dwa lotniska: południowe (TFS) lub północne (TFN). Część naszej załogi lądowała na południu. Dotarli oni do Radazul bezpośrednim autobusem linii 711. My zaś wybraliśmy piątkowy lot z Warszawy, przez Madryt, na lotnisko północne, którego cena była zauważalnie niższa od połączeń weekendowych. Z lotniska TFN do mariny dojechaliśmy Uberem XL, którego koszt wyniósł 50 euro za 6 osób.

Z racji wcześniejszego przylotu musieliśmy zarezerwować nocleg. Wynajęliśmy przestronny apartament w Radazul z widokiem na ocean, w bezpośrednim sąsiedztwie portu. Muszę przyznać, że z perspektywy organizacji czekającego nas rejsu była to bardzo dobra decyzja. W ten sposób spędziliśmy spokojny wieczór w towarzystwie reszty załogi, a sobotniego ranka zjawiliśmy się w marinie wypoczęci i gotowi do działania.

Naszym domem na najbliższy tydzień stała się „Mary-Anne”, świetnie utrzymany Beneteau Oceanis 51.1 z 2023 roku, o długości 14,98 m, szerokości 4,8 m i zanurzeniu 1,92 m, który oferuje mnóstwo przestrzeni. Układ pięciu kabin oraz rozkładana mesa pozwalają na komfortowy sen dla maksymalnie dwunastu osób. Do dyspozycji są trzy toalety z prysznicami, zaś zbiorniki wody (440 l) i paliwa (200 l) w zupełności wystarczają na taką trasę. Ważne były także dobre właściwości nautyczne, szczególnie doceniłem pełnolistwowy grot. Jacht wyposażono w ster strumieniowy oraz nowoczesne przyrządy nawigacyjne Raymarine. Za napęd mechaniczny odpowiadał solidny silnik o mocy 80 KM.

Sama procedura przejęcia jachtu w firmie Alboran przebiegła wzorowo. Duża w tym zasługa pomocnej Gisele. Podczas odbioru technicznego warto pamiętać o tym, że pracownik bazy nie pokaże nam wszystkiego z własnej inicjatywy. Należy bez wahania pytać o lokalizację zaworów, bezpieczników czy elementów wyposażenia awaryjnego. Nie ma głupich pytań. Brakujące drobnostki obsługa uzupełniła natychmiast. Aby zapewnić sobie spokój podczas formalności, polecam załodze „rozbić bazę” w jednej z restauracji znajdujących się przy marinie.

Pozostało nam jeszcze zaprowiantować łódź. W Radazul w soboty po porcie krążą pracownicy pobliskiego supermarketu Hiper Dino. Oferują darmowy transport do sklepu i z powrotem. Ceny tam są przeciętne, a asortyment w zupełności wystarcza na pełne zakupy. Warto jednak działać szybko. Alboran ma w tej bazie zaledwie około dziesięciu jachtów. Kierowcy nie dyżurują tu do późnego popołudnia, jak ma to miejsce w wielkich śródziemnomorskich marinach. Najlepiej, natychmiast po załatwieniu formalności, poprosić pracowników biura o umówienie transportu.

Na koniec praktyczna rada, która pozwoli Wam oszczędzić nieprzyjemnych niespodzianek. Na Wyspach Kanaryjskich powszechnie występują karaluchy. Należy dokładnie umyć wszystkie owoce oraz warzywa przyniesione ze sklepu, aby zapobiec wniesieniu na pokład nieproszonych „gapowiczów”. Warto też podnosić trap na noc aby insekty nie dokonały desantu z brzegu.

Z Radazul do Garachico — zapoznanie z oceanem

Celem pierwszej przeprawy był port w Garachico. Zależało mi, aby wejść do niego za dnia. Chciałem również uniknąć żeglugi po ciemku na początku rejsu, żeby dać załodze szansę na spokojne przyzwyczajenie się do oceanicznej fali. Dlatego noc spędziliśmy w porcie macierzystym, a w morze wyruszyliśmy z samego rana. W dniu zaokrętowania mogliśmy więc bez pośpiechu rozgościć się, odpocząć i zapoznać z jednostką.

Trasa z Radazul do Garachico liczy 56 mil morskich. Oznacza to 9–10 godzin płynięcia pod żaglami. Oddaliśmy cumy wcześnie, bo już o 6:30. Tym samym zostawiliśmy sobie bezpieczny bufor czasu na dojście do celu przed zachodem słońca.

Żegluga, grindwale i oceaniczna fala

Początkowy odcinek prowadził wzdłuż wschodniego wybrzeża Teneryfy. Minęliśmy Santa Cruz de Tenerife, idąc na silniku aż do znajdującego się na północnym wschodzie Baja Negra. Na wysokości cypla Punta del Roquete ocean przygotował dla nas niespodziankę — powitało nas stado grindwali. Te delfinowate ssaki są stałymi rezydentami teneryfskich wód.

Minęliśmy cypel, zmieniliśmy kurs i złapaliśmy przyjemny półwiatr. Silnik zamilkł, a „Mary-Anne” żeglowała na martwej fali baksztagowej. Płynęliśmy z prędkością 6 węzłów wzdłuż północnego brzegu wyspy. Do główek portu w Garachico dotarliśmy zgodnie z planem — około 16:40.

Podejście do Garachico — uwaga na skały!

Wejście za falochron w Garachico jest ciasne, a podejście dodatkowo utrudniają podwodne skały. Dlatego przed rozpoczęciem manewru wysłałem na dziób załoganta z radiem UKF w ręku, aby meldował o odległości do niebezpieczeństw i ewentualnych jednostkach wychodzących. Zdecydowanie polecam wyrobić sobie taki nawyk.

Większość marin na Wyspach Kanaryjskich leży na osłoniętych, południowych wybrzeżach. Tymczasem Garachico znajduje się na północy, co wystawia ten port na bezpośrednie uderzenia oceanicznej fali. Jeśli planujecie tu postój, musicie na bieżąco weryfikować prognozę zafalowania. Przy wysokiej fali wejście staje się skrajnie niebezpieczne. Rozsądnie jest wtedy zrezygnować i zmienić kursu na inny port.

Kategorycznie odradzam podchodzenie do Garachico w nocy. Oceaniczny rozkołys spycha jacht w stronę skał. Basen portowy jest ekstremalnie ciasny, a oświetlenie boi podejściowych bardzo słabe. Zostałem o tym uprzedzony przez znajomego skippera, który rok wcześniej próbował wejść tam po zmroku. Ratował się ucieczką w ostatniej chwili. Szansa na bezpieczne wycofanie kończy się wcześnie, w okolicach zakrętu i wejścia za falochron nie ma już miejsca na błąd.

Port, miasteczko i kolonialny klimat

W kanaryjskich marinach brak potwierdzenia rezerwacji zdarza się notorycznie. Stąd mój apel: rezerwujcie miejsca z co najmniej 24-godzinnym wyprzedzeniem. Używajcie każdego możliwego kanału: telefonu, SMS-a, maila oraz aplikacji Navily. Dla nas tym razem zabrakło wolnego muringu. Marinero sprawnie pokierował nas jednak na miejsce gdzie zacumowaliśmy longside przy pływającym pomoście.

Garachico to urokliwe, historyczne miasteczko. Zostało odbudowane po erupcji wulkanu w 1706 roku. W przeciwieństwie do turystycznego południa wyspy, tutaj panują cisza i spokój. To idealny pierwszy przystanek na trasie „dzikimi Kanarami”. Wieczorem zeszliśmy na ląd i udaliśmy się do Tizon Restaurante Vinoteca. Mieliśmy szczęście i znaleźliśmy wolny stolik, ale bezpieczniej jest robić rezerwację. Lokal ten oferuje wyśmienite jedzenie, przesympatyczną obsługę i profesjonalne wsparcie w doborze win.

Za dnia miasteczko odkrywa pełnię swoich uroków. Warto niespiesznie zgubić się w brukowanych uliczkach między kolonialnymi budynkami. Po drodze mijamy XVIII-wieczny zamek Castillo de San Miguel i słynną wulkaniczną skałę Roque de Garachico. Główną atrakcją są naturalne baseny **El Caletón **, uformowane z zastygłej lawy, gdzie można bezpiecznie zażyć kąpieli. Nam jednak szkoda było czasu i odłożyliśmy atrakcje wodne na czas pobytu na wyspie El Hierro. Rano zjedliśmy obfite śniadanie w restauracji Fungi’s. Nasz pobyt w Garachico zwieńczyliśmy wyśmienitą kawą w Lauka Cafè, mając już w głowach nasz kolejny cel: La Palmę.

Baksztagiem na Isla Bonita

Odcinek z Garachico do Santa Cruz de La Palma to około 60 mil morskich, co przekłada się na 9–12 godzin żeglugi. Cumy oddaliśmy bez pośpiechu dopiero około godziny 13:00. Pozwoliła nam na to pomyślna prognoza pogody, zapowiadająca wiatr z kierunku baksztagowego o sile dochodzącej do 20 węzłów.

Oceaniczne wertepy i szybka żegluga z wiatrem

Wyjście z Garachico przypomniało nam gdzie jesteśmy. Już w portowych główkach zderzyliśmy się z wysoką, oceaniczną falą. Prognozy tego dnia wskazywały na około 2 metry wysokości. Warto uprzedzić załogę o takim scenariuszu. Intensywne zafalowanie na wyjściu z tego portu jest pewne i trzeba je po prostu przeczekać.

Sytuacja diametralnie się zmieniła po odejściu od brzegu i obraniu właściwego kursu. Złapaliśmy podmuch z baksztagu o sile około 18 węzłów, fala zaczęła nas pchać w stronę celu, a jacht pokazał swoje możliwości. Po chwili sunęliśmy już z prędkością 9 węzłów. Mocny, stały wiatr i sprzyjające zafalowanie skróciły czas naszej podróży. W wieczornych ciemnościach, około godziny 21:00, zameldowaliśmy się u brzegów La Palmy.

Wodna brama w Marinie La Palma

W przeciwieństwie do Garachico, nocne wejście do portu w Santa Cruz de La Palma nie stanowi problemu. Oświetlenie nawigacyjne jest wyraźne, w basenie portowym nie doświadczamy uciążliwego rozkołysu, a miejsca do manewrowania jest pod dostatkiem.

Marina La Palma to nowoczesny obiekt o wyjątkowej specyfice. Basen jachtowy jest oddzielony od głównego portu dodatkowym falochronem i opuszczaną do dna bramą. Zbudowano ją, aby chronić jachty przed falami wytwarzanymi przez manewrujące w głównym basenie promy.

Przed wejściem do pierwszego basenu należy wywołać marinę na kanale 09 UKF. Następnie tuż przy samej bramie, trzeba ponownie użyć radia i poprosić o jej opuszczenie. W tym czasie warto schować się przy lewym, mniej ruchliwym brzegu basenu głównego. Przy zewnętrznym falochronie operują duże jednostki. Po wejściu do basenu jachtowego marinero kieruje nas do pływającego pomostu recepcyjnego. Odbiera tam cumy i pobiera opłatę. Wydaje również karty dostępu oraz mapkę z wyznaczonym miejscem postojowym.

Dzika La Palma: trekking, petroglify i jedzenie „piachu”

La Palma nazywana jest La Isla Bonita (Piękna Wyspa). Na próżno szukać tu hotelowych turystów. Stolica wyspy — Santa Cruz, została założona w 1493 roku. To zabytkowe miasteczko pełne kolonialnych pałaców i brukowanych ulic.

Polecam też zapoznać się z lokalnymi historiami dotyczącymi piratów i flamandzkich kupców. W XVII wieku por Santa Cruz de La Palma był trzecim największym portem w hiszpańskim imperium. W związku z tym stolica wyspy wielokrotnie stawała się celem ataków piratów z Algieru oraz korsarzy angielskich i francuskich, którzy polowali na bogactwa płynące z Karaibów do Hiszpanii. Miasto musiało budować fortyfikacje, aby chronić się przed łupieżcami.

My postawiliśmy na dziką naturę. Niestety zapomnieliśmy wcześniej zarezerwować samochody. Zostaliśmy więc zdani na autobusy, które na szczęście odjeżdżają z pobliskiego przystanku i są punktualne.

Po półgodzinnej jeździe linią nr 300 dotarliśmy do miejscowości El Passo, skąd ruszyliśmy pieszo w stronę gór. Zwiedzanie polecam zacząć od petroglifów zlokalizowanych na północ od miejscowego cmentarza. To prehistoryczne ryty naskalne wykonane przez Benahoarytów, pierwotnych mieszkańców wyspy.

W tym miejscu weszliśmy na ścieżki trekkingowe, których jest tu pod dostatkiem. Do wędrówki warto się dobrze przygotować zaopatrując się w zapas wody i przekąsek. Należy również pilnować czasu i trasy, aby nie utknąć w górach po zmroku. Myślę jednak, że to zadanie, z którym żeglarze poradzą sobie bez problemu. Po drodze zachwyca nas bujna zieleń kontrastująca z wyjałowionymi zboczami gór, pokrytymi wulkanicznym piaskiem. Nasz spacer zakończyliśmy na przystanku autobusowym przy Fabrica Reynolds.

Będąc (dosłownie) głodnymi wrażeń, postanowiliśmy spróbować autentycznej lokalnej kuchni. Zaszliśmy do małej restauracji, w której siedzieli wyłącznie miejscowi konsumenci piwa. Nieświadomi egzotyki kanaryjskich smaków, zamówiliśmy chicharrones con gofio (chrupiące skwarki wieprzowe z mąką Gofio). Dobraliśmy do tego gofio escaldado (mięsny bulion wymieszany z gofio na gęstą masę).

Jakież było nasze zdziwienie po otrzymaniu zamówienia! Danie wyglądało jak kupka piasku wysypana na talerz. Załoga błyskawicznie ochrzciła je mianem „piachu”. Mąka Gofio to kluczowy składnik kanaryjskiej kuchni. Wytwarza się ją z prażonych ziaren kukurydzy lub innych roślin skrobiowych. Nie spodziewaliśmy się jednak takich proporcji na talerzu. Czy się najedliśmy? Niespecjalnie. Poznawanie lokalnego kolorytu wymaga wyjścia ze strefy komfortu, właśnie o to bowiem chodzi w podróżowaniu. Śmiechu przy tym posiłku było co nie miara, więc w doskonałych humorach udaliśmy się w drogę powrotną.

Musieliśmy zrezygnować z dojazdu w wyższe partie wyspy. Ominęły nas między innymi słynne Roque de los Muchachos i obserwatoria astronomiczne. Taka jest specyfika żeglarskiej turystyki. Harmonogram i oceaniczny rozkład jazdy zawsze mają decydujący głos, a my nie mogliśmy się już doczekać nocnej przeprawy na El Hierro.

El Hierro — wyspa, której nie doceniliśmy

El Hierro to najmniejszy i wysunięty najdalej na zachód skrawek lądu archipelagu. Został w całości uznany za rezerwat biosfery UNESCO. Zamiast piaszczystych plaż i wielkich hoteli znajdziecie tu magmowe skały walczące z oceanicznym przybojem. W partiach górskich czeka na Was zapierająca dech w piersiach dzika przyroda i skąpane w chmurach lasy endemiczne. El Hierro to również najmłodsza i najaktywniejsza geologicznie wyspa. Znajduje się na niej ponad 500 stożków wulkanicznych, a krajobraz ukształtowały tu liczne erupcje bazaltowe. Ostatni duży wybuch miał miejsce w 2011 roku. Pod wodą, przy południowym wybrzeżu uformował się nowy wulkan, którego szczyt znajduje się na głębokości 88 metrów.

Aby w pełni wykorzystać krótki tydzień czarteru, zdecydowaliśmy się na żeglugę nocną. Załoga bardzo na to liczyła, a prognozy pogody pisały nam idealny scenariusz.

Wachty, gwieździste niebo i wiatr w żaglach

Z Mariny La Palma wyszliśmy około 20:30. Dystans do wybranego przez nas portu **Puerto de La Estaca ** wynosił niespełna 60 mil morskich. Znów czekało nas 10–12 godzin żeglugi na stabilnym północno-wschodnim wietrze. Byliśmy zadowoleni, że cały odcinek mogliśmy pokonać pod żaglami.

Z racji odpowiedniego doświadczenia załogi, wyznaczyłem standardowe, dwuosobowe wachty. Zmieniały się one co trzy godziny. Nocne pływanie w tym rejonie, przy tak stałym wietrze, to czysta przyjemność. Długa oceaniczna fala pchała nas w stronę kolejnej przygody, a nad naszymi głowami powoli pokazywało się rozgwieżdżone niebo.

Podejście do Puerto de La Estaca

Puerto de la Estaca to główny port morski wyspy El Hierro. Leży na północno-wschodnim wybrzeżu, w gminie Valverde. Jest to kluczowe centrum komunikacyjne obsługujące regularne połączenia promowe z Teneryfą i La Gomerą. Zbliżając się do główek portu, należy bacznie obserwować ich ruch. Samo podejście nie jest skomplikowane. Obszar manewrowy wewnątrz jest niezwykle obszerny.

Marina jachtowa ma swój niepowtarzalny urok. Leży u stóp skalnych gór i wulkanicznych klifów. Tuż obok znajduje się mała plaża. Organizacja postoju jest niesformalizowana — nie ma tu przydzielania konkretnych miejsc, jachty stają tam, gdzie akurat jest wolna przestrzeń. Nie spotkacie też typowego marinero więc z cumowaniem trzeba sobie radzić samemu. Zarządzaniem basenem jachtowym zajmuje się policja portowa, urzędująca w terminalu promowym.

Warto pamiętać, że w porcie nie ma wartych uwagi restauracji, a do miasta trzeba dojechać taksówką lub wynajętym autem.

Wulkaniczne pustkowia, lasy z bajki i spacery w chmurach

Zwiedzenie całej wyspy w jeden dzień jest niemożliwe. My zaplanowaliśmy tu dwudniowy postój. Jeśli macie na to czas w swoim harmonogramie, jest to najlepsze miejsce na dłuższą przerwę. Kluczem do sukcesu jest wypożyczenie aut. W terminalu promowym swoje biuro ma CICAR, jednak jest ono otwierane tylko do realizowania wcześniejszych rezerwacji. Nie da się tam od ręki wynająć samochodu. Inne firmy dostarczają samochody na parking przed terminalem.

Na El Hierro wszędzie jest pięknie. Nie oszczędzajcie na przystankach! My postawiliśmy na spontaniczność wspomaganą technologią. Pasażer pełnił rolę nawigatora i na bieżąco skanował mapy Google, wyznaczając nam kolejne przystanki. Korzystajcie z mapy, ponieważ wielu pięknych miejsc nie wypatrzycie z głównej drogi.

Ruszyliśmy drogą HI-2 by w miejscowości Villa de Valverde zjechać na HI-5. Tropiąc miejsca warte uwagi trafiliśmy do miejscowości Las Puntas. Droga wzdłuż wybrzeża prowadzi nieopodal przepięknych formacji skalnych. Do punktów widokowych trzeba zjeżdżać w mniejsze uliczki. To tu uderzają rozmiary klifów. Żadne zdjęcie nie jest w stanie tego w pełni oddać.

Za Las Puntas skręciliśmy w drogę HI-550 i dalej prosto na HI-551. Tak trafiliśmy do słynnych naturalnych basenów skalnych — Charco Azul. Na El Hierro nie ma plaż, są skalne kąpieliska stanowiące główną atrakcję wodną wyspy. Właśnie tutaj zdecydowaliśmy się na kąpiel. Poszczególne baseny mogą być zamykane przy niebezpiecznym zafalowaniu, a na miejscu nie ma ratowników — kąpiel odbywa się na własne ryzyko. Przestrzegajcie ostrzeżeń i zakazów oraz uważajcie na śliskie skały na dnie! My trafiliśmy na piękną pogodę i kąpiel była bezpieczna i przyjemna.

Ruszyliśmy dalej drogą HI-550, by dotrzeć do niesamowitego punktu widokowego Arco de la Tosca. Ogromne formacje skalne zderzają się tu z potężnymi falami. Pomiędzy dwoma brzegami, z zastygniętej lawy utworzył się łuk łączący obydwa brzegi.

W tym miejscu zawróciliśmy i skierowaliśmy się do miejscowości La Frontera. Stamtąd ruszyliśmy drogą HI-1 ostro w górę. Tutaj, w wyższych partiach zaczyna się prawdziwa „dzikość” El Hierro. Gdy wjedziecie w gęstą mgłę, to znak, że dotarliście do celu. My zatrzymaliśmy się przy maleńkiej kapliczce Ermita de San Salvador skąd pieszo dotarliśmy do zachwycających punktów widokowych Mirador La Llanía oraz Mirador Geosite Hoya de Fireba.

Wisienką na torcie jest szlak Sendero La Llanía, którym spacerujemy wśród endemicznych lasów wawrzynolistnych — wilgotnych i wiecznie zielonych reliktów trzeciorzędu. Całość trasy liczy 7 km, a wędrówka zajmuje do 2 godzin.

Po powrocie ze szlaku, drogą HI-45 zajechaliśmy do Fuente Cruz de los Reyes. To kolejne miejsce, w którym czujemy się jak w baśni. Ponownie wchodzimy w las wawrzynowy, niby podobny do Sendero La Llanía, a zupełnie inny. Zobaczycie, tego nigdy za wiele!

Symbolem wyspy są lasy jałowcowe (El Sabinar) - wypatrujcie ich koniecznie zza szyby samochodu! Pnie tych drzew zostały w fantazyjny sposób powykręcane przez silne wiatry. Wiek słynnej Sabiny, jednego z większych wykrzywionych drzew, szacuje się na 500 lat.

Kulinaria: surowy stek, sprawdzona klasyka i odrobina luksusu

Wracając wieczorem do portu przez miejscowość Villa Valverde daliśmy drugą szansę lokalnym tawernom. Zamówiliśmy steki palone na żywym ogniu. Jak można się domyślić, mięso nie było najlepiej wypieczone. Dla poszukiwaczy kulinarnych wyzwań to z pewnością ciekawostka. Uzmysłowiliśmy sobie, że kanaryjska kuchnia to pewnego rodzaju egzotyka. Zdecydowanie bardziej polecamy restaurację La Tafeña. Jest tam sympatyczna obsługa, szeroki wybór klasycznych dań i korzystne ceny.

Załogom szukającym odrobiny luksusu polecam lokal 8Aborigen. To wyśmienita restauracja na najwyższym poziomie. Przed wizytą warto zajechać do portu i przebrać się w coś bardziej eleganckiego (a przynajmniej świeżego), aby nie odstawać od reszty gości.

Czego jeszcze warto spróbować? Produktem typowym dla El Hierro jest ser rzemieślniczy. Wytwarza się go z mleka koziego, krowiego lub owczego. Dużą popularnością cieszy się również gęsty bulion serowy.

El Hierro - Las Galletas. Wiatr w dziób i awaryjne kotwicowisko

Opuszczając dzikie El Hierro, musieliśmy przestawić się na zupełnie inny tryb żeglugi. Trasa z Puerto de la Estaca na wschodnie wybrzeże Teneryfy to dystans około 65 mil morskich. Załoga wyraźnie połknęła bakcyla żeglugi po zmroku. Warunki zapowiadały się stabilnie, więc zdecydowaliśmy się na wieczorne wyjście z portu.

Żeglarski kompromis: pół naprzód na silniku

Wracając z El Hierro w stronę Teneryfy czekała nas żegluga pod wiatr o sile 14 węzłów. Większość trasy pokonaliśmy na silniku, osiągając średnią prędkość 5,5 węzła. W mojej ocenie, jeden dziesięciogodzinny przelot na silniku to uczciwa cena za luksus wcześniejszych trzech długich, wspaniałych przepraw z wiatrem z baksztagu lub półwiatru.

Idąc w stronę Teneryfy, lewą burtą mijamy La Gomerę. Oferuje ona liczne i bezpieczne porty na południowym wybrzeżu, w których można zatrzymać się na krótką przerwę. My jednak płyniemy bezpośrednio na Teneryfę, aby mieć zapas czasu przed niechybnie nadciągającym już terminem zdania jachtu.

Amarilla Marina i odrzucona rezerwacja

Naszym celem na południu Teneryfy miała być Amarilla Marina w San Miguel. Planowaliśmy zażyć trochę luksusu w okolicznych restauracjach i barach przy polach golfowych (Golf del Sur). Niestety, na miejscu zderzyliśmy się z brutalną rzeczywistością. Nasza rezerwacja została zignorowana i nie było dla nas miejsca.

Wpłynęliśmy do portu jedynie po to, by zatankować wodę, co spotkało się z wrogą reakcją obsługi. Uważam, że mariny, niezależnie od obłożenia, powinny spełniać swoją podstawową funkcję jaką jest zapewnienia bezpieczeństwa i komfortu żeglarzom. Ten port ewidentnie ma zupełnie inną, czysto biznesową wizję. Niemniej jednak, ze względu na świetne walory widokowe, jest wart odwiedzenia.

Kotwicowisko w Las Galletas — na Kanarach da się rzucić żelazo!

Musieliśmy szybko wdrożyć plan awaryjny. Skierowaliśmy się do położonej nieopodal Marina Del Sur w miejscowości Las Galletas. Port jest niewielki, ale jego zaletą jest położone za falochronem, po lewej stronie od wejścia, kotwicowisko.

Tak, na Wyspach Kanaryjskich da się stawać na kotwicy, tylko trzeba dobrze trafić. Polecam aplikację Navily, w której na mapie zaznaczone są najlepsze miejsca. Stanęliśmy na piaszczystym dnie na głębokości około 8 metrów. Spędziliśmy dłuższą chwilę, precyzyjnie manewrując, zanim kotwica pewnie złapała dno. W tym miejscu chciałbym przypomnieć żeglarski truizm, który jest jednak często lekceważony. Wypuszczajcie z windy minimum 4-5 razy tyle łańcucha, ile wynosi głębokość wody. Jeśli planujecie zejść z jachtu, to konieczność.

Miasteczko Las Galletas potraktowaliśmy „roboczo”. Turystycznie jest to miejsce przeciętne. Oferuje za to niezwykle szeroki wybór dobrych restauracji. Na ląd dostaliśmy się naszym dinghy. Po zjedzeniu kolacji, wróciliśmy na pokład. Wieczór spędzony na kotwicy zawsze ma swój urok.

Las Galletas - Radazul. Spokojny finał i portowy check-out

Ostatni dzień to czas logistyki i podsumowań. Z kotwicowiska wyruszyliśmy o 9:00. Przed nami był tylko krótki odcinek wzdłuż wybrzeża Teneryfy liczący zaledwie 44 mile morskie.

Wiatr ponownie wiał prosto w dziób więc całą trasę znów pokonaliśmy na silniku. Dla załogi był to czas na opalanie, pakowanie i mentalny powrót do rzeczywistości. W główkach macierzystego portu Radazul zameldowaliśmy się punktualnie. Była godzina 15:30. Dało nam to bezpieczny zapas czasu przed wyznaczonym zdaniem jachtu o godzinie 16:00.

Wyokrętowanie bez stresu

Formalności w firmie Alboran przebiegły sprawnie. Obsługa była rzeczowa i nie szukała problemów na siłę. Nic nie uległo uszkodzeniu więc szybko odzyskaliśmy pełną kaucję. Nigdy nie słyszałem negatywnych opinii o tej firmie od innych załóg. Zdecydowanie buduje to zaufanie do ich floty.

Piątkowy wieczór spędziliśmy na jachcie, integrując się z inną polską załogą. Byliśmy zmęczeni, ale w pełni usatysfakcjonowani. Rejs dostarczył nam niesamowitych widoków, a przede wszystkim, doskonałych warunków wiatrowych.

Dzikie Kanary, czyli rejs dla głodnych wrażeń

Trasa, którą nazwaliśmy „rejs po dzikich Kanarach”, to scenariusz, który z czystym sumieniem mogę polecić każdej załodze. To ucieczka od masowej turystyki w przejmujący spokój La Palmy i El Hierro, przede wszystkim zaś urzekająca, potężna i zróżnicowana przyroda. Łącznie w morzu spędziliśmy 85 godzin, z czego aż 59 na żaglach. Jeśli miałbym wskazać główny powód, dla którego uwielbiam Wyspy Kanaryjskie, to byłyby to właśnie warunki wiatrowe. To miejsce, w którym można się solidnie „nażeglować”!

Trasa po zachodnich wyspach archipelagu to idealna propozycja dla załóg lubiących aktywne zwiedzanie. Większość atrakcji na wyspach osiągalna jest jednak jedynie z pomocą samochodu. Bezwzględnie pamiętajcie więc o wczesnych rezerwacjach aut! Bez nich zobaczenie części zakątków będzie niemożliwe.

Wybierając się na taki rejs, zwłaszcza w listopadzie, zawsze rezerwujcie mariny z dużym wyprzedzeniem. Nawet to nie daje stuprocentowej gwarancji na postój, więc opracujcie staranny plan B. Miejcie zawsze przygotowany bezpieczny port alternatywny dla waszej załogi.

Nasza trasa oferowała doskonały balans pomiędzy lądem a wodą. W mojej opinii, umiarkowane pod względem długości przeloty oceaniczne, przyniosą radość z żeglowania każdej załodze, a postoje lądowe pozwolą wzbogacić niejedno fotograficzne portfolio…