zawiani.pl
Dziewicze wyspy Dodekanezu

Dziewicze wyspy Dodekanezu

Małgorzata Magnuszewska Małgorzata Magnuszewska

10 maja 2026

Odwiedzamy południowe wyspy archipelagu Dodekanez. Te najmniej dotknięte turystyką, gdzie surowe skaliste wybrzeża wciąż pamiętają dawnych bogów, a lazur morskiej wody pochłonął niejeden wrak. Mamy na to siedem dni i chęci do żeglowania oraz odkrywania tajemnic, dostępnych jedynie dla tych, którzy odważą się obrać kurs ku greckiej przygodzie.

Trasa rejsu

Startujemy z portu Mandraki na Rodos

Nasz jacht stał wciśnięty w kąciku, otulony podobnymi jednostkami, ale wyróżniający się polską banderą. Słońce jeszcze mocno świeciło gdy czekaliśmy na resztę załogi. Fale ucichły, a mury starego miasta zachęcały do spaceru. Czekaliśmy na załogę w Yachting Club Cafe — jednej z kawiarni usytuowanych tuż przy wejściu na pirs. Siedząc przy stoliku i popijając kawę mieliśmy wgląd na przechodniów.

Z lotniska na Rodos znajomi przyjadą miejskim autobusem KTEL, który odjeżdża co pół godziny z przystanku znajdującego się sto metrów od wyjścia z terminala, a bilet kosztuje 3,50 euro. Mandraki jest ostatnim punktem na jego trasie.

Szukamy autorek i autorów relacji z rejsów!

Chcesz dołączyć do naszej redakcji? Przeczytaj jak aplikować.

Niebawem wszyscy byliśmy już razem, mogliśmy omówić sprawy organizacyjne i wstępny plan rejsu. Mieliśmy zwiedzić kolorową wyspę Symi, wulkaniczny Nisyros, górzysty Tilos i romantyczne Chalki. W tym rejonie byliśmy po raz pierwszy, więc cieszyła nas perspektywa odwiedzenia tylu wysp.

W porcie zaprowiantowaliśmy jacht. Znajdują się w nim dwa dobrze zaopatrzone sklepy, w których można nabyć wszystkie niezbędne artykuły spożywcze. Przy dużych zakupach właściciel chętnie przywozi je do jachtu.

Symi czy Chalki — wiatr decyduje

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie. Światło poranka nie pozwalało już spać, a wiatr składał obietnicę przeżycia ciekawej przygody. Po porannej kawie oddaliśmy cumy oraz muring i ruszyliśmy ku naszej „słonecznej odysei”. Nasz jacht to właśnie Sun Odyssey 43, 13-metrowa jednostka o 2-metrowym zanurzeniu, która miała stać się na tydzień naszym domem.

Przed wypłynięciem sprawdzamy prognozę pogody na kilku portalach: windy.com, meteo.gr, poseidon.hcmr.gr. Wiatr zapowiadał się sprzyjający: północno-zachodni, o sile w porywach dochodzącej do 15–18 węzłów.

Zwykle na północno-wschodnim cyplu Rodos wiatr się potęguje, przynosząc porywy znacznie większe niż zapowiadane. W związku z tym, po wypłynięciu, na obu żaglach założyliśmy chwilowo po jednym refie. Jacht mniej się przechylał, a załoga czuła się spokojniej. Zostawiliśmy port Mandraki za rufą. Myśleliśmy już o czekających na nas uroczych zatoczkach i klimatycznych wioskach.

Nasz plan początkowo zakładał podróż na północ, na wyspę Symi (odległość 25 mil), ale po przepłynięciu 8 mil okazało się, że kierunek wiatru bardziej sprzyja płynięciu na zachód, na wyspę Chalki (35 mil). Mimo, że Chalki leży dalej, to halsując się na Symi trasa wydłużyłaby się dwukrotnie.

Płynęliśmy bajdewindem prawego halsu, w lekkim przechyle, ze średnią prędkością 5 węzłów co przekładało się na 7 godzin planowanej żeglugi. Drogę umilały rozmowy, a fascynacji północnym brzegiem Rodos, wzdłuż którego płynęliśmy, nie było końca. Krajobraz zmieniał się z miejsc turystycznych, zagęszczonych hotelami, po surową, skalistą linię wybrzeża, gdzie wysokie klify chronią przed meltemi, a samotne wnęki tworzą tajemnicze jaskinie.

Zbliżając się do Chalki, lewą burtą mijamy Alimię — maleńką niezamieszkałą wyspę, którą większość mieszkańców opuściła podczas włoskiej i niemieckiej okupacji. Ostatni osadnicy odpłynęli stąd w latach 50-tych.

Jej specyficzne ukształtowanie tworzy mikroklimat, charakteryzujący się niższą o kilka stopni temperaturą. Dwie mieszczące się tutaj zatoki pozwalają schronić się przed wiatrami z różnych kierunków. Wpływając do zatoki północnej, kotwicę można rzucić na 5–6 metrach głębokości, gdzie piaszczyste dno trzyma ją bardzo dobrze. W zatoce panuje niesamowita cisza dająca ukojenie, krystalicznie czysta woda zachęca do kąpieli, a wytrwałych spacerowiczów wąska dróżka zaprowadzi do ruin zamku Joannitów na szczycie góry.

Druga z zatok — Tigani, znajdująca się przy południowym cyplu, jest głębsza, kotwicę położycie tam na 10–15 metrach. Leży w niej wrak drewnianego jachtu, który można obejrzeć snorkując. Podczas drugiej wojny światowej mieściła się tutaj baza okrętów wojennych. Obecnie, w niewielkim klasztorze pomieszkują sezonowo wolontariusze z sąsiednich wysp. Alimia jest świetnym schronieniem dla żeglarzy, jej turkusowe wody i piaszczyste dno pozwalają nacieszyć oko, a panująca tam cisza zregenerować organizm.

Alimię zostawiamy za nami i kontynuujemy żeglugę na Chalki. Po następnych trzech milach na horyzoncie zaczyna pojawiać się niesamowite miasteczko. Im bliżej, tym wyraźniejsze stają się piękne, kolorowe domki, a woda wokół przybiera jasno turkusowy kolor, ostrzegając przed wypłyceniami.

Już tylko delikatne fale lekko kołyszą kadłub, a oczy wszystkich skierowane są w jedną stronę. I aby było jeszcze bliżej, część załogi poszła na dziób… W końcu przed nami z bliska i w całej okazałości zobaczyliśmy malownicze, odrestaurowane neoklasyczne miasteczko Chalki.

Od czerwca do października, niedaleko betonowego pirsu promowego, rozkładana jest pontonowa keja. Są tu słupki z elektrycznością i wodą, a przy cumowaniu pomaga bosman. Jednak przy silnych wiatrach, powyżej 30 węzłów, stoi się tam niekomfortowo ze względu na zafalowanie powodujące mocne szarpanie cum na knagach i głośne skrzypienie pirsu.

My stanęliśmy na kotwicy, na południe od miasteczka, w zatoce Ftenagia. Kotwicę położyliśmy na głębokości 8 metrów. Bliżej brzegu nie można, ze względu na wyznaczone bojkami kąpielisko. Miejsca w zatoce wystarczy dla 3–4 jachtów, ale my byliśmy sami. To bardzo dobre kotwicowisko, z plażą i kawiarnią, skąd do miasteczka idzie się 5 minut wąską dróżką.

Mimo kilku tawern usytuowanych przy nabrzeżu, miasteczko wydawało się spokojne. W powietrzu unosił się zapach grillowanej ryby i mieszanki świeżych ziół, zaś z najwyższej góry Chalki spoglądały na nas ruiny zamku Joannitów.

Wyspa zamieszkała jest tylko od strony portu. Na powolne zwiedzanie miasteczka wystarczy godzina, ale idąc główną drogą wgłąb wyspy, po kilku minutach dotrzemy do bajecznej zatoki Pondamos (Potamos) z turkusową wodą, złotym piaskiem i nagrzaną słońcem wodą. W zatoczce tej również można zakotwiczyć, ale podwodne skały ograniczają obszar bezpieczeństwa postoju do 3–4 jachtów. Okoliczni mieszkańcy często wybierają to miejsce na swoje wymarzone śluby. Jedyna tu tawerna Nikos, zapewni nam zimne napoje, kawę i obiad. Serwują tutaj najsmaczniejszą kozinę w okolicy.

Wzdłuż plaży, w głąb wyspy prowadzi 3-kilometrowy szlak do zamku Joannitów. Ostatni odcinek drogi na sam szczyt jest wymagający — wąski, kamienisty i stromy. Zamek Joannitów zbudowany został w XIV wieku na 280-metrowym wzgórzu, jako twierdza chroniąca mieszkańców przed najazdami piratów. Ze względu na swoje położenie był jednym z najtrudniej dostępnych zamków na Dodekanezie. Chociaż z budowli pozostały jedynie ruiny, to będąc na szczycie warto podziwiać zapierające dech w piersiach, majestatyczne widoki.

Zwiedzając miasteczko natknęliśmy się na trzy, dość dobrze zaopatrzone sklepy spożywcze, aptekę i wiele tawern, oferujących owoce morza, steki, sałatki i desery. My wybraliśmy Kifi Grill Restaurant, w której skosztowaliśmy m.in. sałatkę grecką, sałatkę chortę, faszerowane grilowane papryki, grilowaną ośmiornicę i suvlaki. Po udanej kolacji wróciliśmy na jacht, by delektować się ciszą przerywaną jedynie delikatnym szumem fal.

Duchy i małe słonie na Tilos

Odpływając rano, patrzyliśmy z tęsknotą na oddalający się ten cudny wytwór przyrody i ludzkich rąk. Obraliśmy kurs na wyspę Tilos. Północno-zachodni wiatr wiał z siłą 15 węzłów, jacht pruł fale na pełnych żaglach, a rześkie bryzy pozostawiały słone krople wody na ciele. Gdy dopływaliśmy do wyspy wiatr ucichł, do zatoki Livadia wpłynęliśmy na silniku. Przepłynęliśmy 20 mil, z czego aż 14 pod żaglami.

W Livadii znajduje się niewielki porcik, mieszczący około 10 jachtów. Było dużo wolnego miejsca, więc zacumowaliśmy longside, czyli burtą do kei. Postój kosztował 15 euro, podłączenie do prądu 6, a do wody 5 euro.

Zatoka jest duża i spokojna, z bezpiecznym kotwicowiskiem dla wielu jachtów. Należy jednak uważać, by kotwicę położyć na piaszczystym dnie, omijając spore kępy traw, tworzące ciemne, wyraźne plamy.

Tilos odwiedzają głównie Grecy, żeglarze oraz nieliczni obcokrajowcy przypływający promami. Jest tu kilka małych, uroczych pensjonatów, tawern i kawiarni, głównie usytuowanych przy plaży. Ciekawą propozycją wydała nam się restauracja Gorgona z widokiem na port, jacht i całą zatokę. Jest tam bardzo duży wybór dań, ceny nie są wysokie, a obsługa jest bardzo miła.

To miejsce ciche, gdzie turystyka nie naruszyła jeszcze typowo greckiego klimatu i spokoju. Wyspę zamieszkuje zaledwie 750 osób, a z roku na rok ich ubywa. Z powodu trudnych warunków życia w głębi lądu, mieszkańcy opuścili już wiele gospodarstw. Warto wybrać się na spacer główną drogą do Mikro Chorio, miejsca znanego jako „miasto duchów”, założonego przez Joannitów, w celu ochrony mieszkańców przed najazdami. Ta dawna górska wioska stała się atrakcją turystyczną wyspy. Pozostały kamienne domy i ruiny z dobrze zachowaną kapliczką i cmentarzem.

W 1970 roku, w ogromnej jaskini, znaleziono kości słoni karłowatych, które wyginęły 4 tys. lat przed naszą erą. Przypadkiem natknął się na nie pasterz wypasający tam kozy. Rozpoczęto wówczas poszukiwania i badania na szeroką skalę. Odkryto 40 małych szkieletów. Ich niewielki wzrost, 120-165 cm, powodowały mało sprzyjające warunki, w których przyszło im żyć — brak pożywienia, wody, górzysty teren. Nie ma jednoznacznej teorii co do przyczyn ich wyginięcia. Naukowcy sugerują naturalny zgon lub jakąś katastrofę. Obecnie wejście do jaskini jest zamknięte z powodu nadal trwających tam wykopalisk. Wybudowane nieopodal nowoczesne muzeum opowiada całą historię słoni i osadników z epoki neolitu.

W okolice Micro Chorio i muzeum jeździ lokalny autobus, a przystanek znajduje się przy głównym placyku. Zwiedzanie zakończyliśmy gdy słońce schowało się już za wzgórza, dając nam przyjemne odczucie chłodu i wytchnienie.

W stronę wulkanicznego brzegu Nisyros

Następnego dnia północno-zachodni wiatr miał nas zabrać na Nisyros. Chcieliśmy żeglować dwoma halsami przez 17 mil, jednak rano wiatr odwrócił się na bardziej zachodni. W tych warunkach nasza droga znacząco się skróciła, mieliśmy więc trochę wolnego czasu, by zapłynąć po drodze do innej zatoki na Tilos — Agios Antonios. To tylko 8 mil płynięcia na silniku.

Niegdyś znajdował się w niej główny port rybacki, obecnie znacznie mniejszy, a północna część zatoki jest zupełnie dzika i odosobniona. Żyją tam na wolności pawie, wśród eukaliptusów leniwie i dostojnie przechadzają się z potomstwem, rozkładają kolorowe ogony, a nawet pozwalają się karmić. Na tej spokojnej plaży swoją oazę znalazły również stada kóz.

Osłonięci od zachodniego wiatru, wypiliśmy kawę i w iście sentymentalnych nastrojach, gnani zachodnim wiatrem odpłynęliśmy w stronę Nisyros. Do portu pozostało 14 mil morskich. Nasza trasa prowadziła wzdłuż uczęszczanego przez statki handlowe szlaku wodnego. Mieliśmy więc oczy i uszy otwarte, skupieni na obserwacji otoczenia.

Do portu Pali wpłynęliśmy bardzo ostrożnie, co chwila spoglądając na głębokościomierz. Wejście jest płytkie i wąskie, należy płynąć blisko północnego, kamienistego pirsu. Średnia głębokość waha się między 2,7–3 m.

W porcie przywitał nas i pokierował Stavros, bardzo uczynny i pomocny Grek. Wskazał dobre miejsce i odebrał cumy. Mogliśmy też podłączyć się do słupków z prądem i wodą. Stavros prowadzi wypożyczalnię samochodów Petastra. Oferuje małe auta, busy, skutery oraz buggy. Można również skorzystać u niego z pralki i pryszniców.

Pali to niewielki rybacki port z południowym i północnym pirsem, do których cumują małe kutry i jachty. Równolegle do nabrzeża usytuowanych jest kilka rodzinnych tawern. Tuż za portowym falochronem przytulna piaszczysta plaża oferuje kąpiele słoneczne, a droga ciągnąca się daleko wzdłuż morza zachęca do spokojnych i relaksacyjnych spacerów.

Wyspa Nisyros to nic innego jak sporej wielkości wulkan, czynny acz uśpiony, na który osadnicy przybyli liczniej po ostatniej erupcji w 1888 roku. Na stałe wyspę zamieszkuje około 800 ludzi, skupionych głównie w czterech urokliwych wioskach: Mandraki, Emporios, Nikia i Paloi.

Nie zwlekając, wypożyczyliśmy auto od Stavrosa, by odnaleźć wszystkie wyspowe perełki. Z Pali do wulkanu prowadzi malownicza, kręta droga. Najpierw wspina się serpentynami, ukazując nam bajeczny widok na morze, wyspy Kos i Giali oraz wybrzeże tureckie, by łagodnie opadać zakrętami w bardziej niedostępny krajobraz wulkaniczny.

Zapach siarki nieubłaganie wtapiał się w nas i wszystko co nas otaczało. Widok krateru Stefanos robi wrażenie. Stale wydobywające się opary i pożółkłe od siarki skalne występy dodawały przyjemnego dreszczyku emocji.

Zachwyceni niesamowitym widokiem, postanowiliśmy pojechać dalej, do najwyżej położonej wioski o nazwie Nikia, wybudowanej na krawędzi kaldery wulkanu 400 m n.p.m., skąd rozpościerają się panoramiczne widoki we wszystkie strony — na zachód słońca, na wyspę Tilos, na wyspę Kos i na krater wulkanu.

Teraz powrotna droga zaprowadzi nas już tylko w dół, do niemalże opuszczonej wioski Emporios. Tutaj wąskie uliczki, zaułki, ruiny fortecy i kościoły z XII wieku przyciągają miłośników historii średniowiecza.

Ciekawym miejscem jest, położona tuż przy głównej ulicy, naturalna sauna. W wyżłobionej jaskini wydobywają się gorące, wulkaniczne opary o temperaturze 50 stopni. Chcąc tu dotrzeć trzeba być uważnym — wejście oznaczone jest jedynie niewielką, przytwierdzoną do muru tabliczką, którą łatwo przeoczyć.

W średniowieczu wioska Emporios była miejscem strategicznym, wzmocnionym obronnym zamkiem. Swój największy rozkwit przeżywała w XVII wieku. Ze względu na żyzne wulkaniczne gleby, stanowiła ważne centrum gospodarcze. Liczba mieszkańców sięgała kilku tysięcy, a w centrum działały warsztaty rzemieślnicze, młyny i karczmy. Tradycyjne chaty, wąskie uliczki i niewielkie kościoły tworzyły unikalny krajobraz. Trzęsienie ziemi w 1883 roku spowodowało wielkie zniszczenia i zmusiło mieszkańców do opuszczenia domów i przeniesienie się do portowego miasta Mandraki. Kiedyś tętniło tu życie, dziś wioska Emporios urzeka spokojem i melancholią.

Z parkingu zjeżdżamy na sam dół wyspy, do głównego miasta — Mandraki, w którym zrobimy zakupy, odpoczniemy w tawernie i poprzechadzamy się wąskimi, brukowanymi uliczkami. To dobrze skomunikowany port, do którego przybijają duże promy.

Główną ulicą biegnącą wzdłuż nabrzeża doszliśmy do najważniejszej atrakcji turystycznej, jaką jest klasztor Panagia Spiliani, zbudowany na najwyższej skale okalającej miasto. Stąd rozpościera się widok na całe Mandraki. Według legendy właśnie tam, w 1400 roku, rolnik odnalazł w jaskini ikonę Maryi, a wkrótce potem mieszkańcy wybudowali w tym miejscu klasztor. Co roku, 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia pielgrzymi z okolicznych wysp przypływają do Mandraki by wziąć udział w obchodach święta, połączonego z biesiadą i tańcami.

Wzdłuż nabrzeża, jak również w głębi miasteczka funkcjonują tawerny oferujące ryby, mięso i sałatki oraz wiele sklepików z pamiątkami. Zatrzymaliśmy się w Alexandros Pizzeria, i wbrew pozorom zjedliśmy wyśmienite dania greckie — gyros, mussakę, talerz owoców morza, a do tego skosztowaliśmy domowe białe wino.

Po długim zwiedzaniu wróciliśmy do naszego portu w Pali uszczęśliwieni i przepełnieni wrażeniami, które jeszcze długo pozostawały głównym tematem naszych rozmów.

W objęciach św. Michała Archanioła

Nowy dzień zaczęliśmy od porannej kawy w restauracji Astradeni, która znajdowała się tuż za naszą rufą. To rodzinny lokal z ogromnymi tradycjami kulinarnymi. Serwowane dania są przyrządzane z własnych hodowli zwierząt i ogródków warzywnych oraz świeżych ryb dostarczanych każdego dnia. Tutaj można poczuć prowdziwy smak autentycznej greckiej kuchni.

Ku naszej wielkiej radości mieliśmy okazję zakupić ryby prosto z kutra, który właśnie zacumował. Spodobały nam się skrzydlice — agresywne ryby, mieniące się pod wodą wieloma kolorami, jednak po wyjęciu na powierzchnię zmieniające barwę na czerwoną. Ryba jest jadowita, ale po umiejętnym odcięciu płetw i kolców staje się jadalna, a jej białe mięso jest delikatne i smaczne.

Tego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną, na wyspę Symi. Trasa liczyła 35 mil, podczas której północny wiatr dmuchał nam w żagle, pięknie je wybrzuszając. Spokojnie i bez większego bujania jacht przybliżał się do celu z zadowalającą prędkością 5 węzłów. Na wieczór dopłynęliśmy do czarującej zatoki Panormitis, otoczonej skalistymi wzgórzami, u podnóża których stoi monumentalny klasztor. Jest to jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych na Dodekanezie, znane z cudownej ikony św. Michała Archanioła, opiekuna żeglarzy i rybaków. Ci przybywają tu licznie 8 listopada każdego roku. Wówczas dzwony klasztoru głośno witają każdy statek, a po uroczystej mszy, na ołtarzu składane są dary w podzięce za bezpieczną żeglugę. Święto trwa dwa dni i jest hucznie obchodzone na terenie klasztoru.

Dzień w pastelowych barwach

Po wyjątkowo cichej nocy, bez najmniejszego wiatru i chlupotania fal, obudziliśmy się również w błogiej ciszy. Zburzenie tej harmonii było jednak nieuniknione — silnik rozruszał jacht i powoli sunęliśmy na drugą stronę Symi, do stolicy o tej samej nazwie. Staje się tam rufą do pirsu, a po cumę dziobową przypływa miejscowy pomocnik i zaczepia ją do wielkiej boi. Opłaty pobierane są za postój jachtu, prąd, wodę i pomoc przy cumowaniu.

Wyspa ta jest niewątpliwie jedną z największych atrakcji Dodekanezu. To tu malowniczość i klimat zlewają się w jedną nierozerwalną całość; to tu skalne zbocza z pastelowymi domkami schodzą prosto w zatokę; to właśnie tutaj zabudowania najbardziej kształtują idylliczną scenerię.

Miasteczko wygląda, jakby ktoś chciał ująć wszystkie najpiękniejsze cechy w zasięgu oka — kolorowe neoklasyczne domy w pastelowych barwach, malowniczy port w kąciku zatoki, czy lśniące w słońcu kaskadowe wzgórza. Już sam spacer wokół portu sprawia wrażenie, jakby było się częścią tego pięknego spektaklu. A jest gdzie pochodzić… Nad miastem górują ruiny zamku wraz ze starą osadą, i choć pod górę trzeba pokonać wiele schodków, warto się poświęcić aby móc ogarnąć całą panoramę z lotu ptaka. Ze szczytu uwidacznia się sąsiadująca zatoka Pedi, lśniące w słońcu kolorowe zabudowania oraz turkusowe wody Morza Egejskiego.

Gdy słońce zaczyna zachodzić za szczyty otaczających gór, kamienice odbijają się w leniwie zmarszczonej wodzie. Zapalają się uliczne lampy, a w okiennicach odbijają się ciepłym światłem maleńkie izby. Tawerny zapełniają się turystami i mieszkańcami bawiącymi się do późnych godzin nocnych…

Ostatni horyzont

Miasteczko powoli budzi się ze snu, a my wraz z nim zaczynamy nowy dzień. Idziemy po świeże pieczywo do piekarni znajdującej się tuż za rogiem. Po drodze siadamy w pobliskiej tawernie, zamawiamy frappe, greek coffe i cappuccino. Delektujemy się ostatnimi chwilami na wyspie, zanim wypłyniemy z portu.

Wiatr nam sprzyja. Delikatne meltemi pcha nas w dobrą stronę, jacht sunie z falą, a my robimy ostatnie zdjęcia mijanych zatoczek. W oddali majaczy już Rodos. Po kilku godzinach żeglugi północny wiatr nasilił się, fale wypiętrzyły, a jacht niemiłosiernie tańczył między nimi. Delikatnie hamujemy i uspokajamy go refując obydwa żagle. Tuż po tym zamieszaniu ktoś szybko przygotował lunch — ser kozi, oliwki i pitę, a na deser ananasa w iście królewskim wydaniu.

Leżymy na pokładzie i łapiemy ostatnie promienie słońca, gdy pada komenda „przygotować cumy i odbijacze”. Wkrótce białe żagle chowają się w swoich czeluściach i z uruchomionym silnikiem powoli zbliżamy się do portu. Tam nasz jacht odpocznie bezpiecznie zacumowany. Nieubłaganie kończy się rejs, ale z pewnością wszyscy będziemy do niego wracać myślami.

Wyspy Dodekanezu to niewątpliwie greckie perełki, których jeszcze nie dotknęła masowa turystyka, gdzie znajdziemy miejsca spokojne i zasmakujemy autentycznego greckiego klimatu. Rejs był niezapomnianą przygodą, a warunki pogodowe pozwoliły odwiedzić wszystkie, ujęte w planach, wyspy.