30 lipca 2026
Malta nas pociągała. Próbowano nam to wybić z głowy, ze względu na brak solidnych wypożyczalni, jednak na nasz rejs stażowo-szkoleniowy chcieliśmy zaproponować coś niestandardowego. Kadra miała trzydziestoletnie doświadczenie żeglarskie na rozmaitych akwenach od Morza Irlandzkiego, przez Bałtyk, aż po ciepłe wody Morza Śródziemnego. Cóż więc mogło pójść nie tak?
Malta to stan umysłu. Na lotnisku nie czeka zamówiony i opłacony transport do hotelu. Dzwonimy zapytać o co chodzi i dowiadujemy się, że mieliśmy przylecieć jutro. Nie, proszę pana. To miało być dzisiaj, dwudziestego ósmego lutego. Pan przewoźnik był szczerze zdumiony, kiedy dokładniej przyjrzał się kalendarzowi i odkrył, że czas płynie szybciej niż przypuszczał. Miał choć tyle przyzwoitości, że zwrócił pieniądze za taksówkę.
Pierwszą noc spędziliśmy w apartamentach na wynajem w przyjemnej lokalizacji, blisko portu. Pokoje urządzono w zabytkowej kamieniczce, przy wąskim zaułku śródziemnomorskiej zabudowy. Czysto, przyjemnie, z ciepłą wodą w prysznicu. Zdziwienie budzi jedynie spłuczka toalety zawieszona na zewnątrz budynku — jak się okazuje powszechna praktyka w maltańskich domach.
Chcesz dołączyć do naszej redakcji? Przeczytaj jak aplikować.
Poszliśmy do tawerny nad zatoką, gdzie zjedliśmy niezłą kolację, podziwiając stare miasto przeglądające się w ciemnej wodzie, przystrojone koralami latarni rozsiewającymi ciepłe światło. Z tymi widokami trzeba uważać podczas spacerów, bowiem przepisy budowlane na Malcie są zaledwie sugestią. Jak uświadomiła mnie lokalna rezydentka, moja koleżanka ze studiów architektonicznych, na Malcie nie ma osób niepełnosprawnych, bo nie mają możliwości wyjść z domu. Wszędzie schody, często o niejednolitych stopniach, wąskie, prawie nieistniejące chodniki, poprzecinane stromymi zjazdami do garaży. Lepiej nie spacerować ze wzrokiem utkwionym w wizjer aparatu fotograficznego. Przy bardziej wnikliwej obserwacji urokliwej zabudowy nasuwa się myśl, że szkołę budowlaną na Malcie założyła para pomysłowych sąsiadów z czeskiej dobranocki.
Nazajutrz mieliśmy okazję potwierdzić pierwsze wrażenia o mentalności, skądinąd sympatycznych, Maltańczyków. W marinie czekał na nas czternastometrowy jacht typu Oceanis 48 z 2016 roku o nazwie „Wayward Prince”, czyli „Krnąbrny Książę”. Drugiej załodze przypadł „Gerry” — Dufour 450, rocznik 2014. Właścicielem jachtów jest firma Malta Charters. Polska agencja szczerze odradzała nam czarterowanie jachtów na Malcie, ze względu na zwyczajowy brak solidności tutejszych wypożyczalni. Uparliśmy się jednak, wychodząc z założenia, że nie może być gorzej niż w Polsce lat dziewięćdziesiątych, kiedy to pływało się na różnych wynalazkach, nierzadko własnej, niewprawnej produkcji.
Dostaliśmy od pośrednika listę rzeczy, które należy sprawdzić i które mogą się łatwo wymknąć spod kontroli. Nie polecali brać ubezpieczenia kaucji, proponowanego przez firmę czarterową, tylko ubezpieczyć ją prywatnie i nie przyznawać się do tego, gdyż firmy na Malcie skrupulatnie wyłudzają odszkodowania z takich polis.
Stan techniczny łódek rzeczywiście sporo odbiegał od tego, do czego przyzwyczaiła nas Grecja. Nie działały kabestany ani knagi zaciskowe, brakowało podstawowego wyposażenia kambuza, a spośród wskaźników na tablicy działał tylko ten od akumulatorów. Poziomu wody i paliwa w zbiornikach należało się domyślać. W zdumieniu przyglądaliśmy się, jak Denis, przedstawiciel firmy czarterowej, robi obchód po wszystkich jachtach zacumowanych do pomostu i wykręca elementy wyposażenia, by zamontować je na naszych jednostkach. Mistrzowie „pałertejpa” i WD40. Przynajmniej pościel była czysta, a toalety sprawne.
Za to w kwestii wyposażenia nawigacyjnego rozbiliśmy się o mur kompletnego braku zrozumienia naszych potrzeb. Denis za nic nie potrafił pojąć, do czego są nam potrzebne jakieś mapy i locje. Przecież tu wszędzie jest blisko. Co prawda ploter w całym swoim życiu nie dowiedział się, co to jest subskrypcja map, ale przecież linię brzegową pokazuje. Ponieważ upieraliśmy się przy jakimś bardziej szczegółowym narzędziu nawigacyjnym, dostaliśmy plik papierowych podkładek na stół, z nadrukowaną kserokopią mapy nautycznej Malty.
Wypływanie w ciemno na nieznany akwen wydawało się nam cokolwiek ryzykowne, poza tym to miał być rejs stażowo-szkoleniowy i planowaliśmy pokazać naszym kursantom nawigację w praktyce. Większość załóg obu jachtów stanowili uczestnicy kursów żeglarskich, które prowadzimy w naszej dublińskiej szkole przy klubie Polskich Żeglarzy w Irlandii. Okoliczne sklepy żeglarskie nie dysponowały mapami nautycznymi, udało się jednak nabyć locję. Marcin wykupił subskrypcję w Navionicsie zainstalowanym na smartfonie, na obszar Malty i kawałka Włoch, bo zamarzyły nam się Syrakuzy. Natomiast Ania, w ramach przygotowania do pierwszego rejsu kapitańskiego, zaopatrzyła się jeszcze w Dublinie w mapę generalną rejonu Malty i południowych Włoch. Nie spodziewała się, że taki towar może być deficytowy tu, na miejscu.
Malta rzeczywiście jest niewielka. Można objechać najciekawsze miejsca w jeden dzień wypożyczonym autem. Na południe od Valetty jest kolejna wąska zatoka, wcinająca się głęboko w ląd. Lazurowa woda podmywa wysokie, białe klify. Miłośnikom wycieczek w teren polecam trasę szczytem klifów wokół zatoki Il-Bajja ta'San Tumas i zakończyć ją w barze Zion, gdzie można popróbować lokalnych specjałów i popalić sziszę.
Valetta
Białe klify w zatoce św. Tomasza
Golden Bay, Malta
Singita Miracle Beach, Malta
Singita Miracle Beach, Malta
Ftira - tradycyjna maltańska kanapka
Marsaxlokk warto odwiedzić w niedzielę, kiedy w centrum miasta, na brzegu zatoki odbywa się targ, na którym można przeżyć nostalgiczny powrót do lat dziewięćdziesiątych polskiego dzikiego kapitalizmu. Na straganach skleconych z metalowych stelaży i płóciennych daszków sprzedaje się wszystko, począwszy od podróbek każdego istniejącego towaru, po druciane imitacje filigranu, lokalnej techniki jubilerskiej. Na wodach zatoki kołyszą się luzzu — bajecznie kolorowe rybackie łódeczki o charakterystycznym kształcie, z wymalowanym na dziobach okiem Horusa dla ochrony przed morskim żywiołem. Tradycyjnie na tutejszym targu sprzedawano ryby, złowione przez rybaków, obecnie jednak większość towaru pochodzi z centrali rybnej.
Mdina, niegdyś stolica Malty, nigdy nie wyszła poza średniowieczne obwarowania. Trwa niemal niezmieniona, niczym żywy skansen zamierzchłych czasów, dając schronienie dwustu i jednemu mieszkańcowi. O niezwykłości tego miejsca może świadczyć fakt, że Mdina zagrała Królewską Przystań w pierwszej serii „Gry o Tron”. Niestety, ekipa filmowa wprowadziła ogromny zamęt i zostawiła po sobie niemiłosierny bałagan, więc podziękowano im za współpracę i resztę sezonów nagrywano w Chorwacji, gdzie rola stolicy Westeros przypadła Dubrownikowi.
Mdina
Mdina - brama miejska
Coogi's restauracja i herbaciarnia w Mdinie
Mdina
Niesamowite kołatki na drzwiach w Mdinie
Stanowisko archeologiczne Domus Romana w Il-Rabat
Pastizzi z bawarką
Jako rodowita szczecinianka, nie mogłam odmówić sobie spróbowania maltańskiej wersji pasztecików. Pastizzi mogą mieć przeróżne nadzienie, choć te najbardziej tradycyjne to ser ricotta z jajkiem albo pasta z zielonego groszku z dodatkiem cebuli, zapiekane we francuskim cieście. Zdarzają się również odmiany z nadzieniem mięsnym, z grzybami albo ze szpinakiem. Ponieważ wczesnowiosenna pogoda nie rozpieszczała temperaturami, do pastizzi serwowano słodką bawarkę. Podobno w upały lepiej się komponują z kinny, napojem z gorzkich pomarańczy.
Niedziela miała się już ku końcowi, kiedy Denis zdołał ogarnąć większość usterek i nawet wskaźniki na tablicy „Księcia” ożyły. Start morskiej wędrówki przełożyliśmy na kolejny dzień.
Podjęliśmy decyzję by płynąć na Sycylię, do portu w Syrakuzach. Dla większości załogantów odległość 100 mil była czystą abstrakcją i mieli mętne wyobrażenie tego, co ich czeka. Wyszliśmy z portu w Valettcie o dziesiątej rano. Zaraz za główkami postawiliśmy pełny zestaw żagli i ruszyliśmy baksztagiem na północny wschód. Moja wachta większość dnia spędziła w kambuzie. Miłosz, król gastronomii polowej z zawodu, powziął ambitny plan przyrządzenia carbonary na lunch. Paw zaczął na niego łypać złowieszczo już na etapie krojenia pancetty na rozchybotanym na fali stole, ale dzielnie wypełnił obowiązki szefa kuchni. Od tamtego dnia pozostaje wdzięczny swoim przemysłowym grillom, za to że stoją prosto i nie trzeba ganiać kiełbas po stadionach, jak my ganialiśmy makaronowe wstążki po kambuzie. Kardan to dobra rzecz na fali, ale jednak garnki miewają swoje odchyły.
Cały świeży załogancki narybek odebrał chrzest bojowy. Choć choroba morska mocno dawała się we znaki, dzielnie trwali na wyznaczonych posterunkach, w głębi duszy wyklinając szalony pomysł wyruszenia na morze.
Opuszczamy Valettę
Awanport w Valettcie
Centrum Nauki Esplora Interactive
Około trzeciej nad ranem horyzont na południowym wschodzie rozjarzył się pomarańczową łuną. Początkowo wachta uznała to zjawisko za zapowiedź wschodu słońca, ale nie zgadzał się ani czas ani kierunek, w którym powinien wstawać nowy dzień. Tymczasem poblask rozjarzył się mocniej, po czym przygasł, zostawiając ledwie widoczny ślad na widnokręgu. Dziwne zjawisko pozostawało zagadką, dopóki radio nie zatrzeszczało sygnałem distress. Jacht był wyposażony w najprostszy sprzęt, więc nie dało się ustalić nic poza pozycją jednostki, która wysłała sygnał. Byliśmy za daleko, by podejmować jakiekolwiek działania, więc płynęliśmy dalej obranym kursem.
Wyszłam na pokład o czwartej rano, więc dramatyczne wydarzenia znam jedynie z relacji poprzedniej wachty. Do mnie mrugały dwie latarnie morskie, usytuowane wzdłuż południowego wybrzeża Sycylii. Ploter pokazywał jedynie gołą linię brzegową, bez oznaczeń nawigacyjnych. Jednak jestem zwolenniczką analogowego żeglowania. Z papierowej mapy, nawet niezbyt aktualnej, nie znikają istotne informacje, a latarnie morskie raczej nie mają w zwyczaju zmieniać swojej pozycji i charakterystyki, bez względu na datę wydania publikacji. Ratował nas Navionics w telefonie, i stąd wiedziałam, że za trawersem mieliśmy latarnię przy miejscowości Portopallo, a przed dziobem błyskała kolejna, z półwyspu Maddaleny. W ramach praktyki, zrobiliśmy namiary na obie latarnie, używając kompasu w smartfonie, bo namierników nikt już na jachtach nie wozi. Spisaliśmy jednocześnie pozycję z plotera. W porcie mieliśmy zamiar pożyczyć mapę generalną od kapitan Ani i wyznaczyć pozycję z dwóch jednoczesnych namiarów, a potem skonfrontować ją z zapisaną w dzienniku pokładowym pozycją z GPSa.
Nawigacja prowadzona po maltańsku, w podróży przez Atlantyk zapewne zaprowadziłaby nas donikąd, ale do Syrakuz powinniśmy trafić. Zaczęliśmy podejrzewać, że „Książę” rzadko się wypuszcza tak daleko od domu. Co prawda światła nawigacyjne posiadał, i to nawet sprawne, ale o podświetleniu kompasu w kokpicie nikt już nie pomyślał.
Kompasy były nawet dwa, przy każdym kole sterowym, ale nie były zgodne co do kierunku. Korzystaliśmy z tego, który pokazywał wartości zbliżone do odczytów z Navionicsa. Chociaż tego też załoganci „zepsuli”, zakładając na kopułę latarkę-czołówkę, zamiast podświetlenia.
Niebo zaczęło szarzeć na wschodzie, tym razem rzeczywiście zapowiadając nowy dzień. Koło siódmej zmieniłam kurs na 310 stopni, obierając za cel zatokę, w której mieści się port Syrakuzy. Obrys zatoki widziałam wyłącznie na ploterze, bo przede mną rozciągała się niewyraźna ciemnoszara linia brzegowa z odległymi iskierkami miejskich świateł. Obrałam kurs na cztery jasne światła, rozstawione w równych odstępach. Kiedy nastał ranek i światła zgasły, brzeg stał się na tyle wyraźny, by odróżnić zabudowę starego miasta z jasnego piaskowca od dzikiego brzegu pokrytego zaroślami.
Według locji, należało wypatrywać obłych bastionów historycznej twierdzy, która broniła kiedyś wejścia do portu i opłynąć je prawą burtą. Stamtąd powinniśmy już widzieć betonową keję dla promów po lewej stronie i pomosty mariny na prawo od niej. Uznaliśmy, że staniemy do zewnętrznego pomostu i poszukamy bosmana, żeby ustalić warunki postoju.
Słońce wspięło się już sporo nad horyzont i rozjarzyło niebo czystym błękitem. Na prawo od naszego celu ukazał się odległy szczyt z białą czapą lodowca na smukłym wierzchołku, strzelającym wysoko w niebo. Dywagowaliśmy dłuższą chwilę, czy to być może Wezuwiusz, czy jednak wulkan jest za daleko, by widzieć go chociaż w postaci rozmytego przez odległość zarysu.
Marina w Syrakuzach
Twierdza u wejścia do Syrakuz
Syrakuzy - widok na stare miasto
O ósmej rano przybiliśmy do pomostu, na którym natychmiast pojawił się marinero w rozpiętej skórzanej kurtce i papierosem w kąciku ust. Wziął od nas cumy, po czym ujął papierosa w dwa palce nonszalanckim gestem, znanym z gangsterskich filmów.
- Where is the captain? — zapytał, mrużąc groźnie oczy.
Jak jeden mąż wyciągnęliśmy palce w kierunku Marcina. Marinero zaciągnął się dymem z papierosa, patrząc z naganą na wskazanego.
- Trzeba najpierw zadzwonić, ustalić miejsce do cumowania, a nie wbijać jak do madre na obiad — obsztorcował nas po angielsku z włoskim akcentem i temperamentem.
Tłumaczyliśmy, że mieliśmy zamiar udać się do biura natychmiast po zacumowaniu i jeśli powie nam, że mamy stąd spływać, to trudno, spłyniemy. Ujęty naszą szczerą skruchą, wytłumaczył nam, że mają problemy techniczne po styczniowych sztormach. Część pomostów jest zniszczona i możemy się po nich poruszać na własne ryzyko, a sanitariaty zabrało morze. Jednak możemy zostać jeśli taka wola, po zobowiązaniu się do uiszczenia opłaty portowej w wysokości osiemdziesięciu euro od jachtu za dobę.
Załoga była gotowa zapłacić dwa razy tyle, byle pochodzić trochę po równym. Wymęczeni nocną żeglugą i walką z pawiem, pragnęli ciepłego prysznica jak kania dżdżu. Szybko obmyślili chytry plan, by wynająć AirB&B na jedną noc, tylko po to, żeby skorzystać z łazienki. Tłumaczyłam, że mamy trzy łazienki na jachcie, ale nie trafiłam załodze do rozumu. No cóż, więcej ciepłej wody dla mnie.
Pomimo posztormowych braków, marinero zdołał podpiąć nas do prądu, a i woda do uzupełnienia zbiorników się znalazła. Przy okazji wypytaliśmy o niezidentyfikowane zjawisko, które zaobserwowaliśmy przed świtem. Według Włocha, mogły to być fajerwerki z okazji zakończenia Ramadanu. Nijak nie łączyło się to nam z sygnałem distress, zarejestrowanym przez radio, ale nie znaleźliśmy lepszego wytłumaczenia.
Grecki teatr w Syrakuzach
Surakuzy
Tradycyjne foremki na powidła z pigwy
Syrakuzy oferują sporo atrakcji do zwiedzania zwłaszcza dla fanów historii. Jeśli komuś zależy na czasie, może zdecydować się wynająć tuk-tuka za dwadzieścia euro za pół godziny. Kierowca obwiezie po najważniejszych punktach turystycznych i opowie co nieco o każdym z nich. Jeśli akurat nie włada angielskim, ma przygotowane odpowiednie nagrania. Nie zdecydowaliśmy się ostatecznie na wycieczkę zmechanizowaną. Z chęcią rozprostowaliśmy nogi i poszliśmy na spacer do teatru greckiego i Ucha Dionizosa, które grało w ostatniej części przygód emerytowanego Indiany Jonesa. Obejrzałam dokładnie wszystkie ściany jaskini i nie zauważyłam żadnej szczeliny, skrywającej grobowiec Archimedesa, więc film mocno wsparł się na licentia poetica.
Stare miasto, usytuowane na cyplu, którego zwieńczeniem jest warownia, dostarcza wrażeń estetycznych na poziomie większości południowych miasteczek. Klimatyczna zabudowa z jasnego piaskowca mieści w parterach przyjemne knajpki z dobrym jedzeniem, kramiki z rękodziełem i pamiątkami oraz antykwariaty.
Ucho Dionizosa, Syrakuzy
Fontanna Diany na placu Archimedesa w Syrakuzach
Park archeologiczny w Syrakuzach
Stare miasto, Syrakuzy
Wyrobisko w parku archeologicznym w Syrakuzach
Wróciliśmy na jacht około osiemnastej, wykąpani, wyspacerowani i bogatsi o nowe wrażenia i wiedzę historyczną. Wieczorna wachta kambuzowa przygotowała hamburgery. Jacht „Gerry” miał na wyposażeniu całkiem profesjonalnego grilla.
Marcin zarządził przegląd techniczny w ramach treningu. Załoga sprawdziła stan naładowania akumulatorów, poziom wody w zbiornikach wody i paliwa oraz olej w silniku. Ten ostatni test zakończył się pechowo dla schodów, które były jednocześnie klapą komory silnikowej. Brakowało teleskopowych ramion, które podtrzymywałyby klapę po otwarciu, więc zawiasy nie wytrzymały i cała zejściówka została chłopakom w rękach. Próby założnia jej na miejsce skończyły się rozchybotaniem górnego stopnia. Adam okazał się dokonałym bosmanem. Skombinował kawałki desek i sporządził za pomocą taśmy technicznej całkiem praktyczny wspornik.
Syrakuzy opuściliśmy o czwartej nad ranem. Wiało głównie z południa, więc prosto w dziób, bo celem rejsu była mała marina na południowym krańcu Sycylii. Całe dwadzieścia pięć mil przebyliśmy wspomagając się silnikiem. Bogatsi o doświadczenia z syrakuzkim marinero, próbowaliśmy wszelkich sposobów na skontaktowanie się z mariną w Marzamemi, zanim miniemy główki portu. Próbowaliśmy wywoływać na trzynastym kanale radiowym, zgodnie z zaleceniami locji. Dzwoniliśmy na numery telefonów wyszukanych w internecie i na stronach nawigacyjnych publikacji, jednak bez skutku. Jedyny numer telefonu, który ktokolwiek odebrał okazał się być nieaktualny. Więc znowu wchodziliśmy do portu niezapowiedziani.
W Marzamemi są dwie mariny, ale ta w północnej części zatoki jest za płytka dla dużych jachtów. Zdecydowaliśmy się wejść do portu południowego, osłoniętego ramionami falochronów, zbudowanymi z kamiennych bloków. Wejście jest od południa, flankowane stalową wieżą w kształcie litery T po lewej stronie i zwykłą tyką po prawej. Już z daleka widać było skutki zimowych sztormów. W głębi portu, gdzie płytka woda przechodziła łagodnie w plażę leżał na burcie wysztrandowany jacht, żałośnie łopoczący porwanymi żaglami.
Głębokości w porcie pozwalały na zacumowanie naszych jachtów jedynie na końcach pomostów po lewej stronie od wejścia. Przynajmniej tak wynikało z locji, chociaż sonda wydawała nerwowe popiskiwania. Widocznie sztormy namieszały w charakterystyce dna.
Marina Marzamemi po zimowych sztormach
Figura Jezusa z Marzamemi
Nasze jachty
Upatrzyliśmy sobie dogodne miejsce i zanim dobiliśmy, na pomoście pojawili się marinero. Odebrali cumy i pozwolili nam przybić burtą do nabrzeża. Okazało się, że wybraliśmy miejską keję, która chwilowo nie miała nic do zaoferowania. Sztormy pozrywały muringi, część desek oraz uszkodziły instalację wodną i elektryczną. Marinero zaproponował, że porozmawia z zarządem prywatnego jachtklubu, który jest właścicielem sąsiedniego pomostu i spróbuje wynegocjować nam postój. Dałam znać przez radio załodze „Gerrego”, żeby pokręcili kółka w awanporcie dopóki nie potwierdzimy miejsca postoju.
Jachtklub przyjął nas z otwartymi rękoma i błogosławieństwem Jezusa, który stał na postumencie przed klubokawiarnią i obejmował port szeroko rozwartymi ramionami. W trakcie cumowania załoganci mieli okazję przekonać się, dlaczego białe sztormiaki nadają się wyłącznie do spacerów po molo w Sopocie, natomiast w starciu z muringiem nie mają szans.
Prysznice tym razem były dostępne, ale temperatura wody nie rozpieszczała. Wolałam jachtową łazienkę. Klubokawiarnia świeciła pustkami, wyłączona z eksploatacji aż do rozpoczęcia sezonu letniego. Rozkoszy kulinarnych trzeba było poszukać gdzie indziej.
Marzamemi to maleńka osada, licząca zaledwie siedemset dusz, niegdyś zamieszkiwana przez poławiaczy tuńczyków. Można tu znaleźć rozlewiska solankowe, z których pozyskiwano sól do konserwacji ryb. Obecnie jeziorka okupowane są przez stada flamingów, stanowiące lokalną atrakcję turystyczną. Na północnym krańcu zatoki zachowały się historyczne zabudowania rybackiej osady, mieszczące rozliczne knajpki i sklepiki. Dawne targi rybne oferują rozmaite produkty lokalnych rzemieślników i producentów żywności, w ilościach hurtowych i detalicznych. Znaleźliśmy również lokal oferujący najlepsze lody gelatto na Sycylii, a przynajmniej tak głosił certyfikat oprawiony w ramkę, zawieszony obok wejścia. Wystrój wnętrza Don Peppinu, uroczo i barwnie kiczowaty, zapewne bezbłędnie przyciąga najmłodszą klientelę.
Lodziarnia Don Peppinu
Isola Picola
Port rybacki w Marzamemi
Targ w Marzamemi
Wioska rybacka w Marzamemi
Pyszny obiad zjedliśmy na tarasie jednej z knajpek, specjalizujących się w owocach morza. Widok rozpościerał się na wody zatoki Marzamemi, z czerwoną willą rodziny Brancati na maleńkiej wysepce Isola Piccola. Cudowne miejsce na rodzinny dom, dla kogoś o minimalnej tolerancji w stosunku do sąsiadów.
Dzień zakończyliśmy warsztatami z nawigacji w sali opuszczonej klubokawiarni. Na pożyczonej od Ani mapie generalnej ćwiczyliśmy nanoszenie pozycji, wykreślanie kursów i przeliczanie kursu drogi nad dnem na kurs kompasowy i w drugą stronę. Wykreśliliśmy również dwa jednoczesne namiary na latarnie morskie, które zrobiliśmy w drodze do Syrakuz i z satysfakcją stwierdziliśmy, że pozycja, która nam wyszła nie różniła się bardzo od tej spisanej z plotera.
Wychodzenie z portu o niedorzecznie wczesnej godzinie weszło nam w krew. Co prawda jedna z wacht miała wczesną pobudkę, ale za to po dotarciu na miejsce zostawało więcej czasu na zwiedzanie.
Postanowiliśmy płynąć na Gozo, północną wyspę archipelagu maltańskiego. Kuba, trzeci oficer na „Gerrym”, zarekomendował obu załogom udanie się do Parku Archeologicznego Gigantia w Xagħra. Można tam zobaczyć pozostałości budowli megalitycznych z późnego neolitu. Niektórzy twierdzą, że poziom obróbki kamienia powinien być poza możliwościami technicznymi ówczesnej cywilizacji, więc jest tu spore pole do mniej lub bardziej fantastycznych spekulacji.
Wypłynęliśmy o wpół do trzeciej nad ranem, zachęceni barwnymi opowieściami Kuby o Gigantii. Tym bardziej, że po południu wiatr miał się wzmagać. Z rana była większa szansa na ominięcie nieprzyjemnej pogody. Tymczasem wiatr spał w najlepsze i znowu trzeba było udawać motorówkę. Dopiero koło dziesiątej, kiedy pokład przejęła moja wachta, rozdmuchało się do przyjemnej czwóreczki. Postawiliśmy obydwa żagle i wreszcie można było dać odpocząć uszom, udręczonym bezustannym rykiem diesla. Przed dwunastą zwinęliśmy część grota, żeby wachcie kambuzowej nie spadały garnki z kuchenki. Tym bardziej, że palniki nie były wydajne. Nawet po wymianie butli z gazem na pełną, woda na herbatę czy makaron gotowała się w ślamazarnym tempie.
Po trzynastej byliśmy już całkiem blisko Gozo, a wiatr urósł do pięciu w skali Beauforta. Załoga „Gerrego” wywołała port w Gozo przez radio, żeby zaanonsować nasze przybycie. Spotkała nas rozczarowująca odmowa wejścia do mariny, z powodu szkód wyrządzonych przez zimowe sztormy. Przejrzeliśmy locję i mapy w poszukiwaniu planu B. Kotwicowisko nie wydawało się zbyt atrakcyjne, w obliczu rosnącej siły wiatru z przelotnymi opadami deszczu. Niestety Malta nie posiada wielu portów, w których można się schronić. Pozostawała nam Valetta, do której jednak nie było nam spieszno wracać. Ania, kapitan „Gerrego”, znalazła niedużą marinę około trzech mil na północ od Valetty, a właściwie na przedmieściach stolicy. Po rozmowie telefonicznej z portem w Portomaso, dostaliśmy potwierdzenie, że miejsce dla nas będzie.
Zrzuciliśmy żagle i uruchomiliśmy silnik, bo po zmianie kursu na nowy cel, wypadło nam płynąć pod wiatr, który zdążył rozdmuchać się do dwudziestu węzłów.
Marina w Portomaso przycupnęła na skraju zatoczki, okolonej gęstą, miejską zabudową, przyklejoną do stromego zbocza. Wejście okazało się emocjonujące, zwłaszcza dla obsługi mariny. „Gerry” dopłynął pierwszy do celu i kapitan Ania minęła główki portu, czym rozjuszyła zarząd portu. Okazało się, że w tej marinie nie wystarczy się zaanonsować, należy również zawczasu uiścić opłatę online i dopiero z zapłaconą rezerwacją należy grzecznie czekać na asystę motorówki.
Kanał portowy w Portomaso
Wejście do kanału w Portomaso
Kompleks hotelowy i Marina w Portomaso
Owe ceregiele okazały się mieć pewne uzasadnienie. Wejście do portu jest mylące na pierwszy rzut oka, ponieważ prawa główka oznaczona jest czerwonym masztem z ledwie zauważalną zieloną lampką na szczycie. Za główką należy przebyć wąski kanał i trzymać się prawej strony. Pod lewym brzegiem woda kipi na ukrytych tuż pod powierzchnią skałach. Kanał zakręca niemal o sto osiemdziesiąt stopni, a tuż za zakrętem, po lewej stronie jest wejście do niewielkiego basenu portowego. Po przyjęciu informacji, że nasze jachty nie posiadają silników strumieniowych, marinero zaczęli rwać włosy z głowy i kazali czekać na asystę motorówki. Potem z uznaniem podziwiali nasze precyzyjne manewry, do których owa pomocnicza łódź okazała się niepotrzebna.
Zaprezentowanym kunsztem zjednaliśmy sobie sympatię pracowników, więc w niepamięć poszło niedotrzymanie procedury rezerwacji miejsca. Zapłaciliśmy online dopiero po zacumowaniu — całe sto sześćdziesiąt euro od każdego jachtu. Nic dziwnego, że każą sobie płacić z góry, żeby nie musieli nadaremno uruchamiać motorówki, jeśli klient i tak zaraz ucieknie po zapoznaniu się z cennikiem.
Poniewczasie zorientowaliśmy się, że Portomaso jest luksusową dzielnicą Valetty, a marina jest częścią rozległego kompleksu apartamentowo-hotelowego. Zacumowaliśmy w sąsiedztwie apartamentów, których tarasy zawieszone były nad błękitną wodą basenu kąpielowego, obecnie opustoszałego ze względu na niestałą wczesnowiosenną pogodę.
Jednak luksus w wydaniu maltańskim bywa specyficzny. Dostaliśmy kluczyki od sanitariatów z informacją, że są dwa do wyboru. Jeden jest tuż obok naszych łódek, a drugi po przeciwnej stronie mariny, w hotelu, jakoby bardziej luksusowy. Luksus ten nie obejmował ciepłej wody, a i lokalizacja pozostawiała wiele do życzenia. Owe wyrafinowane łaźnie mieściły się w garażu dla meleksów.
Marina w Portomaso
Nocne życie w Portomaso
Portomaso nocą
Centrum Portomaso
Odwiedził nas mój znajomy, który jest od wielu lat rezydentem na Malcie. Przyniósł nam wieści o rosyjskim gazowcu, wysadzonym prawdopodobnie przez drony, około 130 mil od libijskiej Syrty. Informacja przyprawiła nas o dreszcz, kiedy Internet potwierdził, że do katastrofy doszło 3 marca, w godzinach pasujących do niespodziewanego wschodu słońca, który zaobserwowaliśmy w drodze do Syrakuz. Wszystko ułożyło się w logiczną całość, włącznie z sygnałem distress, który pojawił się wtedy na radiu. Echa wojny dosięgły nas w czas relaksu, przypominając, że nie wszystko jest dane na zawsze. Żyjmy, póki czas.
Kilka pierwszych dni rejsu bezlitośnie zweryfikowało naprawcze wysiłki Denisa. Przy czym „Książę” radził sobie znacznie lepiej w tej konkurencji. Rachityczne stopnie zejściówki naprawił prowizorycznie Adam, a mnie udało się przeczyścić igłą dysze palników w kuchence. Reszta działała całkiem nieźle. To znaczy dopóki jeden z załogantów nie poślizgnął się na świeżo wyszorowanym pokładzie i wpadł na rozłożony stolik w kokpicie. Adam popatrzył na pobojowisko, wyszperał w bosmance odpowiednie narzędzia i poszedł klepać powyginane wsporniki.
Kapitan Ania, widząc nasze zajęcia praktyczo-techniczne, zwierzyła się z niedoróbek na „Gerrym”. Najmniej istotną usterką, choć uciążliwą, były wypadające klamki i rozchodzące się w szwach bimini. Grubszy kaliber stanowiła awaria systemu ładowania akumulatorów z kei, w związku z czym Ania była zmuszona uruchamiać silnik nawet na postoju, żeby nie padło zasilanie.
Posprzątaliśmy, naprawiliśmy co się dało i wybraliśmy się zwiedzać miasto. Była to najdziwniejsza miejscowość, jaką dotąd widziałam nad Morzem Śródziemnym. Zwykle są to niewielkie miasteczka o tradycyjnej zabudowie, nie wyższej niż trzy, cztery piętra, z jasnego kamienia, albo pokryte białym tynkiem, ciągnące się wzdłuż wąskich, cienistych uliczek. Portomaso wygląda jak karykaturalne połączenie takich zacisznych miejscowości z Tokyo City. Pomiędzy niską zabudową wznoszą się szklane drapacze chmur i wielopoziomowe centra handlowe, powtykane niczym wykałaczki w miseczkę z grzybkami. Wąskie uliczki nie są w stanie pomieścić ruchu ulicznego, właściwego tej aspirującej aglomeracji. Szczątkowa obecność chodników sprawia, że lepiej mieć oczy dookoła głowy. Trafiliśmy do dzielnicy z rozlicznymi klubami, w tym również go-go. Kolorowe neony przecinały noc, tworząc wielowymiarową kakofonię barw, dopełnioną gwarem i dudniącą muzyką, wyciekającą przez co i rusz otwierane drzwi do lokali. A na szczycie, wznoszącej się niezliczonymi schodami alei, znaleźliśmy ogromny billboard, proszący o zrozumienie dla lokalnej społeczności i zachowanie ciszy nocą. Życzę powodzenia.
Kolejny dzień wstał mokry i pochmurny. Przelotne deszcze siekły bimini, które okazało się zupełnie nieodporne na opady atmosferyczne. Poszliśmy zobaczyć miasto za dnia, a potem zasiedliśmy do nauki nawigacji. Przedyskutowaliśmy też plan dalszej podróży. Ograniczona ilość marin nie dawała zbyt wielkiego pola do popisu. Kuba głośno wyrażał żal, że Gigantia przeszła mu koło nosa. Być może to właśnie jego rozpacz zaowocowała ryzykownym planem wpłynięcia na Gozo, bez wcześniejszego meldowania się. Nastawiliśmy się na reprymendę, podobną do tej w Syrakuzach i liczyliśmy, że tam również dostaniemy ostatecznie pozwolenie na postój. Gdyby jednak marinero okazali się uparci, mieliśmy plan B — stanąć na kotwicy w Blue Lagoon, zatoce na północno-zachodnim wybrzeżu Comino, małej wysepki usytuowanej pomiędzy Gozo i Maltą.
Wypłynęliśmy o 15:00, a przed nami do pokonania było 17 mil. Wiatr był wyjątkowo leniwy. Z początku postawiliśmy genuę, jednak „Książę” ospale toczył się przez wody. Dodaliśmy mu animuszu silnikiem, a po dwóch godzinach zrezygnowaliśmy z żagli zupełnie, bo wiatr ucichł niemal do zera.
Na Gozo dotarliśmy tuż przed zmierzchem. Na tle szarzejącego nieba zapalały się miejskie i portowe światła. Prom z Malty deptał nam po piętach, ale szerokie wejście i wygodny awanport pomieścił wszystkich bez ryzyka kolizji. Terminal promów znajduje się przy południowym falochronie, a marina przytuliła się do stromego brzegu w północnej części zatoki. W szybko zapadającym zmroku dało się jeszcze rozróżnić wełniste połacie roślinności porastającej otaczające zatokę wzgórza, z kanciastymi naroślami zabudowań, podświetlonych żółtawym światłem latarni.
Upatrzyliśmy sobie spory kawałek zewnętrznego pomostu i przygotowaliśmy się do podejścia. Marinero pojawił się jak spod ziemi i w samą porę, żeby odebrać cumy. Nie skomentował naszego wtargnięcia, za to wyznaczył nam miejsce postojowe w głębi mariny. Oznajmiliśmy, że tuż za nami płynie kolejny jacht. Ktoś nieopatrznie pochwalił się nazwą jachtu, na co marinero zmarszczył czoło w zamyśleniu.
- Gerry? - upewnił się. - Oni dzwonili do nas wczoraj zapytać o miejsce postojowe.
Zapewniliśmy, że to napewno nie oni. Wczoraj pływaliśmy z nimi i oni nigdzie nie dzwonili. Tamten jacht, to był „Dżerry”, a z nami płynie „Gerry”. No, jak to łatwo się pomylić przez trzeszczące radio. Marinero pokiwał głową ze zrozumieniem i miną świadczącą o przekonaniu, że z półgłówkami nie ma sensu dyskutować. Postawił oba jachty obok siebie, skasował za postój standardowe osiemdziesiąt euro od jachtu i wręczył klucze do sanitariatów.
Wyprawa pod prysznic sprzyjała poprawie kondycji fizycznej, bo kładka prowadząca z lądu na pomosty wisiała na wysokości pasa średniej wielkości człowieka. Dalej też było pod górkę, bo sanitariaty stały przy drodze biegnącej wzdłuż wybrzeża, znacznie wyżej niż poziom morza. Ciepłej wody w prysznicach wystarczyło zaledwie dla kilku osób. Podejrzewamy, że podobnie jak w innych krajach basenu Morza Śródziemnego, wodę do mycia grzeje się kolektorami słonecznymi, które osiągają największą wydajność latem. Wczesną wiosną, kiedy pogoda jest w kratkę, grzanie wody idzie niemrawo. Spora część obu załóg zdążyła się już pogodzić z tym faktem i odkryli luksus jachtowych łazienek.
Miasteczko Għajnsielem znajduje się kawałek na zachód od mariny, a droga do niego wiedzie pod górę. Mijaliśmy kilka sympatycznych kawiarni i tawern oraz duży pomnik, przedstawiający ogromną wersję luzzu — tradycyjnej maltańskiej łodzi rybackiej.
Dotarliśmy na szczyt wzniesienia, gdzie znajdowało się serce miasteczka. Pospacerowaliśmy wyludnionymi z powodu późnej pory zaułkami i obfotografowaliśmy strzelisty, gotycki kościół farny pw. Matki Bożej z Lourdes. Obok niego znajduje się zrekonstruowana judejska wioska, gdzie w grudniu można zobaczyć bożonarodzeniową szopkę. W czasie, kiedy my odwiedziliśmy to miejsce, wokół kościoła powstawały stacje drogi krzyżowej. Maltańczycy są bardzo religijnym narodem.
W drodze na Gozo
Główki portu Mġarr na Gozo
Marina Mġarr na Gozo
Kościół Matki Bożej z Lourdes w Għajnsielem
Pomnik luzzu
Jak dotąd nie udało nam się znaleźć żadnego sklepu żeglarskiego, gdzie moglibyśmy zakupić juzing. Szprycbuda na Gerrym rozerwała się całkiem i nie mieliśmy dość mocnej nici, żeby to naprawić. Jedyny otwarty sklep był w Marzamemi, ale oferował jedynie części do silników i drobny osprzęt. Nie mieli w ofercie nici, ani nawet banderek do powieszenia pod salingiem. Flagę maltańską udało nam się kupić w sklepie z pamiątkami w Portomaso. Być może w sezonie jest łatwiej o sklep z żeglarskimi przydasiami.
Po powrocie z wycieczki, zastanowiliśmy się wspólnie nad planem na kolejny dzień. Załoga „Gerrego” obstawała przy wycieczce na Gigantiję, natomiast ludzi z „Księcia” mamiła Błękitna Laguna na Comino i woleli spędzić czas na kąpieli. Tym bardziej, że pogoda miała być piękna. W związku z tym, że kąpielisko jest o rzut beretem od Gozo, ustaliliśmy, że „Gerry” jedzie na Gigantiję, a my będziemy taplać się na kotwicowisku.
Podobno nie da się zjeść ciastka i nadal go mieć, jednak dla załogi „Księcia” nie było rzeczy niemożliwych. Wynajęli taksówkę o siódmej rano i pojechali obejrzeć Gigantiję. Wrócili nieco rozczarowani. Po barwnych opowieściach Kuby spodziewali się co najmniej szczątków archaicznego statku międzygalaktycznego, albo ruin rodem z „Legend of Zelda”. Obiekt zawiera pozostałości trzech megalitycznych budowli, ułożonych w kształt trójlistnej koniczyny. Wewnątrz kolistych struktur znajdują się owalne, przechodnie pomieszczenia. Ciekawa rzecz dla miłośników historii i architektury.
Z Gozo wyruszyliśmy o jedenastej i po chwili rzucaliśmy kotwicę w Błękitnej Lagunie. Kąpielisko spełniło wszelkie oczekiwania. Osłonięte od wiatru z każdej strony, z wąskimi wejściami pomiędzy sterczącymi z wody ostrymi iglicami skał, stwarzało idealne warunki do pluskania się w turkusowej, nagrzanej wodzie. Jedyny mankament, to popularność tego miejsca. Nawet poza sezonem kotwiczyło tam kilka jednostek, a z okolicznych wysp przypływały tramwaje wodne z turystami. Piękne miejsce na krótką przerwę, ale dluższy postój mógłby okazać się uciążliwy.
„Książę” miał na wyposażeniu ponton z elektrycznym silnikiem, więc mieliśmy okazję eksplorować jaskinie wokół laguny. Jedna z nich, znajdująca się na południowym krańcu była szczególnie interesująca, z otworem w sklepieniu, przez które wlewała się kaskada słonecznego blasku i mieszała z wodą na dnie groty, tworząc migotliwy roztwór. Mlaskanie wody o dno pontonu odbijało się echem, dodając podkład muzyczny pod świetlne widowisko.
Wymoczeni w słonej wodzie, naładowani wrażeniami estetycznymi, podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy w stronę Valetty. Dostaliśmy informację z „Gerrego”, że oni również szykują się do wyjścia z portu na Gozo. Skierowaliśmy się ku cieśninie pomiędzy Comino i Maltą. Wiało przyjemne siedemnaście węzłów — szkoda tylko, że znowu w dziób. Od Valetty dzieliło nas około dwudziestu mil, więc na silniku powinniśmy je pokonać w cztery do pięciu godzin.
Groty w Błękitnej Lagunie
Blue Lagoon, Comino
Skały wokół Błękitnej Laguny, Comino
Zanim wyszliśmy z cieśniny, jednostajny pomruk silnika zaczął zwalniać tempo. Spojrzeliśmy z Marcinem na manetkę, gotowi po raz kolejny zwrócić uwagę nieostrożnemu załogantowi, żeby uważał gdzie łazi, ale nikogo tam nie było. Manetka pozostawała wychylona na tempo marszowe, ale silnik tracił obroty, aż umilkł. Udało się go uruchomić na kolejne piętnaście sekund, po czym zgasł na dobre.
Marcin poderwał załogę do stawiania żagli, mnie wysłał do radia, żeby powiadomić kapitan Anię o awarii. Niestety nie dogadaliśmy się, bo „Gerry” był jeszcze schowany za Comino. Zanim zdążyłam wybrać numer w telefonie, Marcin wywołał mnie na pokład i polecił stanąć do steru. Wiatr spychał nas na skaliste wybrzeże Malty, a łódka zachowywała się z gracją i werwą naćpanego słonia. Żagle furkotały bezładnie w kącie martwym, ster okazał się bezużyteczny bez prędkości. Wreszcie jacht gibnął się na fali i złapał wiatr na lewym halsie. Fok nadal szarpał się jak szalony i zaczął pracować wstecz, bo coś blokowało lewy szot, chociaż jego koniec leżał luźno w kokpicie. Udało się go uwolnić desperackim szarpnięciem. Niesforny „Książę” ospale nabierał prędkości, kursem na klif, który rósł w zastraszającym tempie.
- Do zwrotu przez sztag! - wrzasnęłam, kiedy łódka zaczęła reagować na ster.
Załoga, w większości zielona jak szczypiorek na wiosnę, ale napędzana dziką paniką, wykonała manewr na miarę zawodników regatowych. Jacht miał kąt martwy niewiele mniejszy od pełnorejowego żaglowca, toteż prawy hals wiódł nas tylko odrobinę w prawo od północy. Najlepsze, co udało mi się osiągnąć na kompasie to 025, kurs idealny z powrotem na Sycylię, ale zysk był taki, że oddalaliśmy się od skał. Według Navionicsa, wykonaliśmy nasz desperacki zwrot kabel od klifu.
Na pokładzie zapadła grobowa cisza, jeśli nie liczyć huku wiatru, ślizgającego się po napiętym płótnie i poskrzypywania takielunku. „Książę” położył się na burcie w czterdziestopięciostopniowym przechyle i rwał dziarsko do przodu. Kambuz i mesa uległy drastycznemu przemeblowaniu. Załoga instynktownie obsiadła nawietrzną burtę, w bezskutecznej próbie wyrównania pokładu. A we mnie krew jakby żywiej zaczęła krążyć i usta rozciągnął uśmiech dzikiego zadowolenia. Mój Boże! Zapomniałam jakie żeglarstwo może być piękne i emocjonujące. Silnik nie smrodzi i nie ryczy, wreszcie słychać muzykę morza. Fale szemrają o kadłub, syczy piana na ich grzywach, a wiatr wygrywa akordy na takielunku. Grube dupsko „Księcia” ślizga się niezdarnie po falach, bowiem został stworzony raczej do portowych imprez, z obszerną mesą i wygodnymi kabinami, a nie ze smukłym kadłubem do cięcia fal.
W przejrzystej wodzie mignął srebrzysty kształt i śmignął pod kokpit.
- Patrzcie! Jakaś wielka ryba! — zawołałam i pokazałam palcem kierunek — Może rekin?
Na hasło „rekin”, nastrój załogi opadł niczym barometr przed sztormem. Nikt nie skomentował moich radosnych pokrzykiwań, za to na wielu twarzach wyświetlały się napisy „wszyscy tu zginiemy”. Wspomnienie rekina w obecnej sytuacji było tym samym, co widok stada sępów krążącego nad karawaną, której właśnie skończyła się woda.
Po chwili morze wokół nas zaroiło się od wygiętych grzbietów delfinów. Niektóre wyskakiwały wysoko nad wodę, błyskając białymi brzuchami i wpadały z pluskiem między fale. Załoga ożywiła się w mgnieniu oka. W ruch poszły aparaty, kamerki i telefony. Rozbrzmiały śmiechy i radosna paplanina, przynajmniej dopóki towarzyszyły nam morskie ssaki. Kiedy odpłynęły w swoją drogę, niepokój powrócił.
- Co teraz z nami będzie? — ktoś zdecydował się zadać trapiące wszystkich pytanie.
- A co ma być? To przecież łódź żaglowa, służy do żeglowania, co też właśnie robimy. Dohalsujemy się do Valetty, wywołamy port albo czarterownię przez radio i poprosimy o asystę. Ostatecznie poprosimy „Gerrego”, żeby wziął nas na hol.
Jednak załodze raczej chodziło o zaburzony obecnie układ odniesienia, bo wzrok stale im uciekał ku zanurzonej w spienionej wodzie falszburcie. Zredukowaliśmy trochę powierzchnię grota, żeby złagodzić kąt nachylenia pokładu, ale w głowach załogantów jarzyło się intensywnie wspomnienie niedawnych morskich opowieści o znajomym, który obudził się na suficie podczas sztormu na Atlantyku. Nawet nie wiem kiedy załoga powyciągała kostkowe kapoki, będące na wyposażeniu „Księcia”, by przygotować się na żeglarską apokalipsę. Dopytywali o krytyczny kąt przechyłu, po którym łódka się wywróci. Marcin wykorzystał ten moment na odpytanie adeptów z teorii żeglowania, a zwłaszcza ze stateczności kształtu i ciężaru. W końcu większość załogi stanowili nasi tegoroczni kursanci.
Miny kursantów mówiły jasno, że ostatecznie stracili wiarę w poczytalność kadry szkoleniowej. Oni walczą o życie, a my ich zabawiamy quizem z teorii żeglowania. Wojtek, pierwszy oficer przypomniał obrazowo, na czym polega stateczność ciężaru, czym zaszczepił odrobinę wiary w „Księcia”, jednak brak silnika nadal niepokoił. Jacek zanurzył się w czeluście komory silnikowej, by dogłębniej zbadać sprawę awarii. Po części dlatego, że kadrowa niefrasobliwość kazała im przypuszczać, że sfingowaliśmy to wszystko dla podgrzania atmosfery. Piewsza diagnoza nie wypadła obiecująco, Jacek stwierdził, że to wygląda na problem z chłodzeniem silnika, być może się tylko przegrzał, a może zatarł. Jednak bagnet wykazał prawidłowy poziom oleju.
Przyczyna awarii okazała się bardziej prozaiczna. Przed wypłynięciem z Gozo wskaźnk paliwa pokazywał prawie pół zbiornika, a teraz pulsowała rezerwa. Nie było takiej możliwości, żebyśmy zużyli tyle paliwa na tak krótkim odcinku. Być może wskutek przechyłu wskaźnik pokazywał mniej paliwa, niż było.
Obserwując bezowocne wysiłki diagnostyczne zmechanizowanej części załogi, zdryfowałam we wspomnienia, kiedy trzydzieści lat temu szlifowałam żeglarskie umiejętności w Harcerskim Ośrodku Morskim w Szczecinie. Śmialiśmy się z tych nielicznych, którzy mieli silnik na jachcie, że nie potrafią nauczyć się żeglować i muszą polegać na dieslu. Teraz obowiązują zupełnie inne standardy niż w latach dziewięćdziesiątych w Polsce. Z czasem zrobiliśmy się leniwi i diesel sztaksel awansował na liście priorytetów. Wieje w gębę, to odpalmy silnik. To tylko kawałek, w godzinę będziemy na miejscu, więc nie ma sensu rozwijać żagli. Przechył za duży, woda na makaron ucieka z garnka, zwińmy żagle. Ojej, rolowany grot, napewno będzie się zacinał, więc lepiej go zostawmy. Z wiekiem lista wymówek robi się coraz dłuższa, a my szukamy drogi na skróty. Tylko czy w żeglarstwie napewno chodzi o to, żeby było szybciej? Pośpiech świetnie sprawdza się przy łapaniu pcheł, a na rejs decyduję się, żeby od niego odpocząć. Zostawiam na brzegu niedokończone sprawy zawodowe, komputer, telefony od klientów i wszelkie stresy. Skupiam się na sobie, kieruję wzrok daleko na horyzont i jedyne co mnie interesuje to kierunek i siła wiatru, stan morza i cudeńka, które odkrywam w kolejnych portach. Celebruję towarzystwo załogi, wspólne żarty, rozmowy i wzajemne wsparcie w trudniejszych momentach. Nasi kursanci są wspaniali, na rejsie zgrali się jak werk szwajcarskiego zegarka. Posiłki zawsze na czas bez względu na pogodę i kąt nachylenia podłogi w kambuzie, kawka, herbatka, praca na pokładzie, nawigacja - nauka żeglarstwa w praktyce.
- Tak sobie myślę — zwracam się do małżonka — że powinniśmy wprowadzić taktyczną awarię silnika na stałe do scenariusza rejsów stażowo-szkoleniowych.
Do Valetty dotarliśmy o zmierzchu. Próbowaliśmy wywołać przez radio kapitanat portu albo firmę czarterową — bezskutecznie, cisza w eterze. Zaczęłam podejrzewać, że radio poszło do diabła, by dotrzymać towarzystwa silnikowi. Denis z Malta Charters nie odbierał telefonu. Udało się skontaktować z załogą „Gerrego”, oddalonego o pół godziny od portu. Obiecali wziąć nas na hol. Do awanportu weszlilśmy na żaglach, licząc że ktoś się zainteresuje tak jawnym pogwałceniem zasad. Minęła nas łódź pilotowa, sternik i pilot bacznie się nam przyglądali, ale nie zareagowali na nasze rozpaczliwe wymachiwanie cumą. Byli na służbie i mieli inne zadanie, ale liczyłam na to, że chociaż przekażą do kapitanatu wiadomość o sierotach wałęsających się po porcie na pełnych żaglach. Płonna to była nadzieja. Minęła nas jeszcze prywatna motorówka, z równie ambiwalentnym stosunkiem do naszych prób nawiązania kontaktu.
Postawiliśmy „Księcia” w dryf na środku awanportu i czekaliśmy cierpliwie na „Gerrego”. Było już całkiem ciemno, kiedy dobili do naszej burty i wzięli nas na hol. Plan był taki, że dopchną nas do pierwszego z brzegu pomostu, a później się zobaczy. Niezupełnie poszło zgodnie z planem, ale udało się urochomić silnik na 15 sekund, które wystarczyły, żeby wysadzić desanta na pomost i założyć cumę. Wiatr ustawił nas burtą do zacumowanej motorówki.
Znaleźliśmy Denisa, zadekowanego na jednym z jachtów. Zdziwiła go nasza przygoda i dłuższy czas upierał się, że nikt do niego nie dwonił. Wreszcie sprawdził połączenia i wyszło na nasze. Dostaliśmy dwudziestolitrowy baniak z paliwem, które miało wystarczyć na odstawienie łódki na miejsce. Rzeczywiście, po zatankowaniu silnik ruszył, jednak zgasł jeszcze trzy razy, zanim przestawiliśmy jacht. Uznaliśmy, że prawdopodobnie filtr paliwa zapchał się farfoclami, które wytrąciły się w zbiorniku z zeszłorocznego paliwa. Ale to już przestało być naszym problemem.
Denisowi nie spieszyło się z odbieraniem jachtów. Pozwolił nam na nich zostać aż do odlotu, widocznie nie było kolejnego czarteru.
Adam postanowił rozładować nagromadzony w nim wczorajszy stres robótkami stolarskimi. Razem z Jackiem rozebrali schody i odkryli przyczynę ich chwiejnej natury. Zawiasy trzymały się na dwóch szpaksach, które wchodziły w drewno zaledwie na kilka milimetrów. Skombinowali skądś wkrętarkę akumulatorową, wykręcili kilka porządnych wkrętów z pomostu i zamontowali schody jak trzeba. Metodą „na pożyczkę”, stosowaną przez Denisa przy przekazywaniu jachtów.
Reszta męskiej załogi zadekowała się w kambuzie i w wielkiej tajemnicy przygotowała wykwintne śniadanie z okazji Dnia Kobiet. Był kawior, łosoś i jajka po benedyktyńsku z truskawkami, a na deser czekoladki. Goździków nie było w kwiaciarni, więc dostałyśmy tulipany.
Pozostała najmniej wesoła część rejsu, czyli pakowanie się na powrót. Roszeszliśmy się do kabin pozbierać dobytek, i wtedy odkryliśmy o co zaczepił wczoraj szot foka, kiedy stawialiśmy żagle w cieśninie. W dziobowej kabinie na prawej burcie brakowało połowy pleksiglasowej pokrywy luku. Prawdopodobnie nie była dokładnie zamknięta i lina weszła pod rant. Tym sposobem pozbyliśmy się tysiąca euro z kaucji. Nawiasem mówiąc, podobną sytuację mieliśmy na jachcie w Grecji, ale tam policzyli nam tylko sto osiemdziesiąt euro za urwany luk podobnej wielkości.
Nie byliśmy jednak stratni, bo przezornie ubezpieczyliśmy kaucję w Pantaeniusie. Po powrocie wypełniliśmy wniosek, załączyliśmy zdjęcia i fakturę z firmy czarterowej oraz dowód wpłaty kaucji i następnego dnia dostaliśmy potwierdzenie pozytywnego rozpatrzenia zgłoszenia.
Minęło już sporo czasu od zakończenia rejsu, ale grupa na WhatsApp nie przestaje brzdąkać powiadomieniami. Głowy nadal parują emocjami, a najbardziej stęsknieni morza wrzucają zdjęcia sprayu do nosa z morską wodą, pozwalającego choć przez chwilę poczuć znajomy aromat przygody. Zaraziliśmy bakcylem żeglarstwa kolejną grupę fantastycznych ludzi. Czasem trzeba zmagać się z pawiem, bywa zimno, mokro, a nawet strasznie, ale to kuźnia, w której hartują się najlepsze przyjaźnie, sprawdzone w ekstremalnych warunkach. W połowie czerwca rejsowe szczypiorki zdały egzaminy w naszej szkole żeglarskiej i mogą się poszczycić posiadaniem patentu żeglarza jachtowego, pierwszego stopnia wtajemniczenia w żeglarskie rzemiosło. Nie wyglądają na takich, którzy na tym poprzestaną.