5 października 2026
Druga połowa września to czas kiedy w Chorwacji temperatury spadają do akceptowalnych 20–25 stopni. Nic więc dziwnego, że w tym okresie wyczarterowane było wszystko co unosi się na wodzie. Mimo tak dużego obłożenia, spędziliśmy miły tydzień żeglując pomiędzy Trogirem, a wyspami Vis, Korčula i Hvar.
Pływaliśmy na jachcie Dufour 470 wyczarterowanym w Marinie Trogir od firmy Angelina. Nasza jednostka miała długość 14 m, szerokość 4,74 m i zanurzenie 2,25 m. Wyposażona była w pięć kabin, w tym jedną piętrową. Czarterując taki jacht, traktuję kabinę piętrową jako jednoosobową, w której zazwyczaj śpię ja, a drugie łóżko służy nam jako magazynek rzeczy wszelakich — toreb, nadmiarowych kamizelek ratunkowych i różnych innych rzeczy, które właściciel jachtu poupychał w kabinach, zajmując cenne miejsce.
Żeglowaliśmy w osiem osób, co stwarzało bardzo komfortowe warunki, zarówno dla żeglugi, jak też codziennego życia na jachcie. Łódź ma pozwolenie dla 12 osób, natomiast odradzam pływanie w takim składzie. Jest to chwyt marketingowy firm czarterowych pozwalający uczynić cenę łatwiej akceptowalną. W więcej niż 8–9 osób będzie wam na takim jachcie ciasno.
Płyniemy komfortowym, sportowym jachtem typu More 55. Zwiedzimy Anconę, Pulę, Wenecję oraz inne porty Chorwacji i Włoch.
Sobota to zwyczajowo dzień odbioru i zaprowiantowania jachtu. Tym razem było łatwiej, gdyż jachtem pływałem już od poprzedniego tygodnia, więc teraz następowała tylko zmiana załogi. Wystarczyło zrobić zakupy i przeprowadzić szkolenie bezpieczeństwa. Część załogi była w Trogirze już od piątku, reszta doleciała samolotem lub dojechała FlixBusem w ciągu dnia. O godzinie 18:30 byliśmy już w komplecie. Nowa załoga mogła jeszcze przybić piątkę uczestnikom wcześniejszego rejsu, którzy jeszcze gościli na jachcie czekając na swoje wieczorne loty powrotne.
Trogir jest dużą bazą żeglarską. Mieszczą się tutaj trzy mariny będące bazami kilku największych chorwackich firm czarterowych. Położone nieopodal lotnisko Split jest lubiane przez Polaków, ze względu na bogatą ofertę linii lotniczych przewożących turystów z największych miast naszego kraju. Nic więc dziwnego, że Trogir stał się polską kolonią żeglarską. Idąc keją, z co drugiego jachtu dobiegały rozmowy w naszym ojczystym języku.
Pierwotny pomysł na rejs przewidywał, że w pierwszą dobę udamy się w nieprzerwaną żeglugę do Dubrownika, aby następnie przez resztę tygodnia wracać do Trogiru. Prognoza pogody przewidywała jednak, że we wtorek musielibyśmy pauzować ze względu na silne wiatry, a później na piątek zapowiadane były burze, co przekładało się na konieczność powrotu już w czwartek.
Ze względu na naglący nas czas, trasa miałaby tylko dwa odcinki: Trogir–Dubrownik i potem Dubrownik–Trogir. Bez żadnych postojów po drodze. Z pewnym żalem zrezygnowaliśmy ze zdobywania Dubrownika i zdecydowaliśmy się na opłynięcie wysp znajdujących się na południe od Trogiru.
Z doświadczeń poprzedniego tygodnia, wiedziałem już, że pogoda w Chorwacji w tym okresie była niestabilna i prognozy dłuższe niż doba lub dwie się nie sprawdzały. Przygotowywałem więc trasę na bieżąco w trakcie trwania rejsu, zależnie od tego jakie będą warunki, tak aby nie wypuścić się w rejony, z których powrót na koniec tygodnia mógłby być trudny.
W trakcie rejsu miała nam głównie towarzyszyć północna bora (wiatr katabatyczny spadający z chorwackich gór), o słabszym lub silniejszym natężeniu. Na wtorek zapowiadano dla Środkowego Adriatyku wiatry dochodzące do 35 węzłów.
W niedzielę z zadowoleniem przyjęliśmy umiarkowany północny wiatr, na którym mogliśmy żeglować baksztagiem na wyspę Vis. Są tam dwa popularne miejsca noclegowe: zatoka na północy z miastami Vis i Kut oraz druga zatoka na zachodzie z portem i bojowiskiem w Komižy. Wszystkie trzy porty są w sezonie zatłoczone.
Locja „Adriatic Pilot” obiecywała interesującą alternatywę — boje w zatoce Stončica na północno-wschodnim krańcu wyspy. Zatoka na mapie wyglądała ciekawie, dobrze osłonięta, a zdjęcia satelitarne potwierdzały obecność jachtów stojących na bojach. Na końcu zatoki miała też być plaża i restauracja.
Na miejsce dotarliśmy o godzinie 15:30, po czterech i pół godziny żeglugi. Wychodzące stamtąd o tej porze katamarany były prorokami nadchodzących komplikacji. Spenetrowaliśmy zatokę, jednak żadnych boi tam nie było. Restauracja również wyglądała na nieczynną. Być może końcówka sezonu skłoniła koncesionariusza bojowiska do zamknięcia interesu na ten rok. Rozejrzeliśmy się za miejscem do kotwiczenia. Kilka jachtów stało na kotwicy z linami poprowadzonymi do skał na brzegu, ale uznałem ten pomysł za niebezpieczny. Głębokości malały dopiero bardzo blisko brzegu, a rufy jachtów stały w niewielkiej odległości od skał.
W tej sytuacji skierowaliśmy się do pobliskiego Visu. Po wyjściu z zatoki płynęliśmy na silniku wzdłuż wybrzeża, z wiatrem i falą z prawej burty. Pora na szukanie miejsca w Vis była już późna, do miasta dotarliśmy o 16:30. Miejsc w marinach już nie było, ale udało nam się chwycić jedną z ostatnich wolnych boi. Po zacumowaniu, zwodowaliśmy ponton, aby chętne osoby mogły dokonać desantu w celu rozpoznania celów na lądzie. Miasto zaoferowało im kufel dobrego piwa, i sposobność do zrobienia drobnych zakupów spożywczych.
Vis i Kut nie są specjalnie przyjaznymi miejscami w sezonie. W portach i na bojowiskach cumuje dużo jachtów, same miasteczka nie należą do czołówki jeśli chodzi o widoki, atmosferę czy turystyczną ofertę. Wyspa, jest tak popularna prawdopodobnie tylko ze względu na swoje wysunięte położenie, dające namiastkę poczucia, że popłynęło się na pełne morze. Niecałe 40 mil, które przepłynęliśmy tego dnia z Trogiru, to niewątpliwie spory dystans jak na chorwackie warunki.
Postój na boi nic nas nie kosztował. Nie żebyśmy się uchylali od płacenia, ale po prostu żaden kasjer do nas nie przypłynął.
Port i bojowisko w Kut
W poniedziałek rano, prognoza pogody nadal potwierdzała, że we wtorek z dużym prawdopodobieństwem żeglugi nie będzie. Miałem więc dylemat z wyborem kolejnego portu. Mogliśmy płynąć do Starego Gradu lub Vodic na Hvarze, co przełożyłoby się na łatwiejszy powrót w drugiej części tygodnia. Mieliśmy też do wyboru płynąć dalej do Vela Luki na Korčuli, kontynuując ciekawą żeglugę, ale w konsekwencji decydując się na pracowitą środę, kiedy to musielibyśmy wstać wcześnie rano i żeglować cały dzień, aby wrócić w na Brač lub Šoltę. Załoga stwierdziła, że plan popłynięcia do Vela Luki bardziej im się podoba, a intensywną środę przyjmą z dobrodziejstwem inwentarza.
Zgodnie z tym życzeniem, zarezerwowałem miejsce w Marinie Korkyra, dokąd pożeglowaliśmy półwiatrem lewego halsu przy wiejącej borze. Północny wiatr miał nam już towarzyszyć przez cały rejs. Systematycznie sprawdzałem, czy siła bory będzie pozwalała nam spokojnie wrócić na czas do Trogiru. Wszystko wyglądało dobrze.
Trzydzieści mil poniedziałkowej żeglugi przeleciało szybko. Załoga wprawiała się w sterowaniu i stawianiu żagli. Przez dwie i pół godziny żeglowaliśmy z prędkością 5–6 węzłów. Potem wiatru już zabrakło i drugą połowę trasy pokonaliśmy na silniku.
W pewnym momencie, zauważyłem dużą czarną brudną plamę przy przednim liku foka. Obok niej, pomiędzy elementami orurowania rolera znajdowała się szpara. Inspekcja przez lornetkę wykazała, że brakuje śrubek łączących dwie rury. Wykonałem zdjęcia i przesłałem je do techników Angeliny z prośbą o instrukcje. Otrzymałem odpowiedź, że wszystko jest ok, możemy pływać dalej i do końca tygodnia nic nie powinno się złego wydarzyć.
Przed wejściem do Vela Luki zatrzymaliśmy się na posiłek i kąpiel w zatoce Gradina. Okazało się, że jest tam bardzo przyjemne bojowisko. My jednak rzuciliśmy kotwicę. Było tam niemal pusto. Jednak od godziny 15:00 bojowisko zaczęło się szybko zapełniać, a godzinę później gdy kończyliśmy swój postój, wszystkie miejsca były już zajęte. Tak to jest w sezonie, większość jachtów pływa od późnego śniadania, do wczesnego obiadu.
O godzinie 17:00 dopłynęliśmy już w głąb zatoki. Przed portem były ustawione trzy jachty czekające na wejście. Marina Korkyra to jedno z tych nielicznych miejsc w Chorwacji, gdzie pracownicy używają radia do komunikowania się z jachtami — taka niespodzianka. Warto więc nasłuchiwać instrukcji na kanale 17. Marinero poinstruował nas abyśmy czekali przed portem, aż zacumują mniejsze jednostki. Po 20 minutach zostaliśmy wywołani i poinstruowani aby cumować wewnątrz mariny. Uspokoiło mnie to, gdyż istniała możliwość, że zostaniemy ustawieni na zewnętrznym pirsie, gdzie nadchodząca bora mogłaby testować nasze muringi.
Zacumowaliśmy sprawnie, a po zejściu na ląd porozmawiałem z sąsiednią polską załogą o planach na kolejny dzień. Ich sternik, również zakładał, że postoją w porcie dwie noce czekając aż wiatr się uspokoi.
Betonowy pirs mnie rozczarował. Myślałem, że jest to sięgający dna falochron, który będzie nas chronił przed falą. Tymczasem był to tylko pomost, z prześwitem zaczynającym się nad lustrem wody. Portowe sanitariaty, choć czyste i porządne, to jednak oferowały zbyt małą przepustowość. Do pryszniców i toalet trzeba było czekać w kolejkach.
Za jacht naszych rozmiarów marina pobierała opłatę w wysokości 150 euro. My załapaliśmy się na 5% zniżki, ponieważ właścicielem jest ta sama firma, która operuje również portem macierzystym naszej łodzi.
Bojowisko w zatoce Gradina
Marina Korkyra w Vela Luce
Nabrzeże dla motorówek cumujących w Vela Luce
Pomosty dla motorówek
Wieczorem wyszliśmy na miasto. Zapadła decyzja aby udać się do dobrze ocenianej Konoby Bata. Na miejscu okazało się, że bez rezerwacji o wolnym stoliku możemy jedynie pomarzyć. Taktycznie udaliśmy się więc w inne miejsce, położone dalej od mariny. Konoba Skalinada okazała się trafionym wyborem. Talerz owoców morza był pyszny.
W miarę upływu dnia wiatr się nasilał. Vela Luka jest bardzo dobrze osłonięta od północnych wiatrów, ale co silniejsze porywy dawały znać, że na morzu coś się dzieje. Wyczekiwałem kolejnych prognoz, które zapowiadały, że od zachodu na wschód będą przechodzić fale silnego wiatru. Jednak i tym razem, rozstrzał pomiędzy modelami był znaczny. ECMWF pokazywał, że najsilniejsze podmuchy będą przychodzić od zachodniej strony wyspy Brač, z kolei Aladin twierdził, że najgorzej będzie na wschodzie, i to z możliwymi porywami po 40 węzłów. Jak nic trzeba było zaakceptować, że wtorek będzie dniem barowym.
Wtorkowy poranek przyniósł zmiany. W najnowszych prognozach pogody zapowiadane porywy wiatru na północ od Korčuli spadły z 30 do 20 węzłów. W okolicach południa wiatr miał jeszcze osłabnąć. Załoga poinformowana, że możemy płynąć, ale muszą się naszykować na dzień pełen wrażeń stwierdziła, że są chętni. O 11:00 jeszcze raz sprawdziłem co pokazują modele na Windy. Zapowiadała się intensywna, acz bezpieczna żegluga bajdewindem. Naszym celem miał być Stari Grad na Hvarze. Wiedziałem, że o tej porze nie ma co już liczyć na rezerwację miejsca w miejskim porcie, a przypływając późnym popołudniem nie złapiemy już niczego wolnego. Zadzwoniłem też do mariny ACI w Palmižanie, ale bardziej ze względu na rzetelność niż nadzieję dokonania skutecznej rezerwacji. Zostało nam łapanie miejsca na kotwicy w zatoce po drodze do miasta.
Sternik polskiego jachtu cumującego po sąsiedzku był zdziwiony, że decydujemy się na wypłynięcie bez gwarancji miejsca w porcie, no ale przecież żeglarstwo to nie PKP Intercity, w ostateczności można po prostu płynąć dalej.
Strategia była następująca: wychylamy nos z zatoki i patrzymy jakie są warunki, czy pokrywają się z prognozami. Jeśli tak — płyniemy dalej, jeśli nie — wykonujemy taktyczny odwrót. Na pełnym morzu wiatr wiał z prędkością 15 węzłów, a w porywach dochodził do 18. Było więc dobrze.
Wcześniej zainstalowaliśmy wewnątrz kokpitu lifelinę, a cała załoga ubrała pasy bezpieczeństwa. Postawiliśmy foka i grota na trzecich refach i żeglowaliśmy w ten sposób, przyjmując od czasu do czasu bryzgi wody od rozbijanych przez dziób fal. W załodze pojawiły się oznaki choroby morskiej. Podczas check-inu poprosiłem obsługę o wymianę wiaderka z cieknącym denkiem na nowe — czułem, że szczelne wiadro może się przydać.
Po oddaleniu się od Korčuli wiatr zmienił kierunek. Musieliśmy halsować się najpierw w kierunku Visu, aby nabrać wysokości pozwalającej nam na przejście na zachód od wyspy Veli Vodnjak. Wspinaliśmy się pod wiatr, aż dotarliśmy pod wyspy otaczające Hvar.
Gdy tylko się zza nich wychyliliśmy podmuchy momentalnie wzrosły do 20-22 węzłów, a fale urosły do 1,5 metra. Prognozy zapowiadające popołudniowe słabnięcie wiatru były więc tylko kuszącą marchewką zwisającą z kija.
Łódź złapała większy przechył i momentami przyspieszała nawet do 9 węzłów. Stała się przy tym bardzo „tępa”. O ile wcześniej dało się żeglować 40-50 stopni od linii wiatru, to teraz maksimum które udawało się uzyskiwać bez spadków prędkości wynosiło 60 stopni. Ja przesiadłem się do przodu, aby przy odblokowanej knadze szota grota, trzymać go ręcznie na kabestanie, w gotowości do natychmiastowego luzowania gdyby miał nadejść jeszcze silniejszy poryw.
Cały czas pływaliśmy z opuszczoną szprycbudą, gdyż plastikowe okienka już dawno utraciły swoją przezroczystość. Z tego powodu teraz musieliśmy przyjąć na twarze kilka bryzgów słonej wody.
Po nabraniu wysokości zrobiliśmy zwrot licząc, że drugim halsem już dopłyniemy do zatoki mieszczącej Stari Grad. Niestety, zwrot zrobiliśmy o symboliczne 5 minut za wcześnie, trzeba było więc zmieniać hals jeszcze dwa razy. Ostatecznie do zatoki, gdzie ląd osłonił nas od północnego wiatru dopłynęliśmy o zachodzie słońca. Tam wiatr zgasł jak wyłączony przełącznikiem od światła. Zdążyliśmy jeszcze wpłynąć głębiej, zdjąć żagle i trzeba było zapalać światła nawigacyjne.
Płynęliśmy w kierunku miasta, aby sprawdzić czy być może jakimś czystym przypadkiem nie znajdzie się wolne miejsce. Okazało się, że na samym początku kei, po prawej stronie są piękne dwa wolne miejsca. Uznałem, że jakimś cudem statystyka postanowiła stanąć po naszej stronie i rozpoczęliśmy manewr podejścia. Wtem jakaś pani wyskoczyła z pobliskiej restauracji informując nas, że nie wolno nam tu stawać bo te miejsca są przeznaczone dla taksówek wodnych. Czyli jednak cudu nie było...
Zawróciliśmy i zaczęliśmy szukać postoju na kotwicy. Już płynąc przez zatokę widać było, że jest ciasno. Najwyraźniej, wszystkie czarterowane jachty, mając do dyspozycji całe wielkie morze, postanawiają przypłynąć akurat tutaj…
Opłynęliśmy cały brzeg, aż do zatoki Tiha. Absolutnie wszystkie miejsca dające jakąkolwiek nadzieję na zakotwiczenie były już zajęte. O ile brak miejsc w porcie miejskim był do przewidzenia, o tyle nie spodziewałem się, że zajęta będzie absolutnie każda szczelina, na każdym skrawku dna dającym nadzieję na jakiekolwiek położenie kotwicy. Jachty były zakotwiczone w sposób, który uznałbym za niebezpieczny, na zbyt dużej głębokości, zbyt blisko brzegu. Charakterystyka zatoki przy Starym Gradzie jest niestety taka, że dno schodzi szybko w dół i nie ma zbyt wielu miejsc gdzie można stanąć w bezpiecznej odległości od skał.
Upatrzone wcześniej wypłycenie na północ od Hotelu Arkada było już tak zatłoczone, że gdyby komuś puściła kotwica, niechybnie doszłoby do kraksy. Pokręciliśmy się jeszcze wokół. Zacząłem układać sobie w głowie alternatywny plan polegający na tym, że po prostu pożeglujemy w nocy dalej, do zupełnie innego portu. Była godzina 22:00, prognozy mówiły, że o 1:00 w nocy wiatr ma już mocno ścichnąć więc w ostateczności mogliśmy jeszcze pokrążyć po zatoce i wyjść z niej w dogodnym momencie.
Dobrym pomysłem byłoby jednak dać odpocząć załodze, chociaż te 3 godziny. Jedynym miejscem z dobrą głębokością i bezpieczną odległością od brzegu było wypłycenie przed zwężeniem zatoki prowadzącym do miasta, nieco na zachód od zielonego znaku lateralnego Fl(1) G 2s. Mapa obiecywała w tym miejscu piaszczyste dno. Podjęliśmy dwie bezskuteczne próby rzucenia kotwicy w tym rejonie. Kotwica nie potrafiła nas utrzymać nawet przy zaledwie tysiącu obrotów na minutę na silniku. Przy podnoszeniu kotwicy wyciągaliśmy resztki trawy, więc dno okazało się nieprzyjazne.
Rzuciliśmy kotwicę jeszcze dwukrotnie, testując inne punkty. Za ostatnim razem kotwica trzymała przy niskich obrotach więc uznałem to za dobrą monetę. Ustanowione zostały wachty kotwiczne zmieniające się co godzinę. Instrukcje były jasne, jeżeli będziemy się przesuwać mam być natychmiast budzony. Przygotowałem sobie posłanie w messie i uzbroiłem alarm kotwiczny na telefonie. Manewr zakończyliśmy o godzinie 23:00, po 12 godzinach pływania tego dnia.
Przez pierwszą godzinę kotwica dwukrotnie puściła, ale sama chwytała ponownie 10 metrów dalej bez konieczności ponownego rzucania. Ostatecznie chwyciła dobrze, jacht zaczął sobie spokojnie myszkować, opierając się nawet mocniejszym podmuchom. Załoga pilnowała sytuacji w kokpicie, a ja przysypiałem budząc się regularnie i monitorując naszą pozycję na telefonie. Wiedziałem, że w każdej chwili może zaistnieć konieczność ruszenia z miejsca, ale każda godzina była cennym czasem kupionym dla załogi.
Ostatecznie dotrwaliśmy na tej pozycji do świtu. Po 6:00 zaczęliśmy ciągnąć kotwicę. Był to proces bardzo powolny i nie zmuszający nas do podejmowania szybkich działań, gdyż wiatr który zmienił kierunek wiał teraz od strony miasta, przesuwając nas wzdłuż wybrzeża, z dala od skał i innych jachtów.
Wiadome jednak było, że wkrótce trzeba będzie się ruszyć gdyż dryfowaliśmy w kierunku przystani promowej więc w końcu zaczęlibyśmy utrudniać manewry statkom pasażerskim. Część załogi i tak już nie spała, obudziliśmy jeszcze jedną osobę, uruchomiliśmy silnik i o godzinie 7:00 opuściliśmy miejsce postoju.
Załoga choć szczęśliwa z przeżytych przygód, to była jednak zmęczona. Dlatego na środę zaplanowaliśmy jedynie krótkie przejście na silniku pod wiatr do zatoki Lučice na południowym brzegu wyspy Brač. Dopłynęliśmy tam w dwie i pół godziny, więc już o 9:30 cumowaliśmy na niemal pustym bojowisku. Załoga oddała się odpoczynkowi, opalaniu i kąpieli, a później także przygotowaniu i konsumpcji obiadu.
Mieliśmy tam zostać na noc, jednak najwyraźniej słońce i kalorie wspomogły szybką regenerację i po posiłku załoga nabrała chęci na odwiedzenie Milnej. Wiedząc, że na czwartkowo-piątkową noc nadal spodziewane są burze, spodziewałem się, że w Milnej może być tłoczno od jachtów powoli wracających do Trogiru. Udało się jednak zarezerwować miejsce w Marinie Vlaška, więc o 15:15 zeszliśmy z boi. Za postój w ciągu dnia zapłaciliśmy 20 euro. Nocleg kosztowałby nas 50.
Bojowisko w zatoce Lučice
Żaglowiec w zatoce Lučice
Idąc na silniku okrążyliśmy półwysep i weszliśmy w zatokę prowadzącą do Milnej. Tam faktycznie ruch był jak w ulu. Prawie cała północna keja mariny miejskiej była zajęta. Jachty cały czas wchodziły i wychodziły.
Marina Vlaška znajduje się przy przystani promowej, do której akurat podchodził pasażerski katamaran. Musieliśmy czekać aż wysadzi i zabierze pasażerów. Naszemu podejściu do portu towarzyszył 15-węzłowy wiatr, który tylko czekał żeby uderzyć w naszą burtę po skręcie w stronę pontonu. Dodatkowo jeszcze w wodzie pojawił się pływak, który dzielnie wpław pokonywał fale. Jegomość najwyraźniej nie rozumiał, że pływanie w wejściu do portu może skończyć się kastracją, dekapitacją lub amputowaniem kończyny po zetknięciu się ze śrubą naszego napędu. W kilku żołnierskich słowach, ku uciesze publiczności, przegoniłem błędnego pływaka.
Jednak to wciąż nie był koniec komplikacji. Posuwaliśmy rufą pod wiatr, by w odpowiednim momencie skręcić i przy bocznym wietrze dojść na wstecznym do pomostu. Młody marinero bardzo chciał nam dać przygotowany, do niczego niepotrzebny mi muring, ignorując moją prośbę o wrzucenie go do wody i sprawne odebranie nawietrznej cumy rufowej. W trakcie tej konwersacji, zaczęło zwiewać nam dziób, więc zdecydowałem się przerwać manewr, odejść i podjąć drugą próbę.
Tym razem już z daleka zacząłem tłumaczyć marinero, żeby odpuścił swój muring, który w niczym nie pomagał, a tylko czyhał na okazję do wkręcenia się w śrubę silnika. Zamiast tego chciałem podać mu cumę rufową, która jak najszybciej powinna zostać obłożona. Obrażony chłopak stwierdził, że jeżeli nie chcę jego muringu, to mam sobie płynąć do innej mariny. Na szczęście zainterweniował sternik innego jachtu, który w kilku słowach ustawił pracownika portu do pionu.
Przy drugiej próbie podejścia cuma została już odebrana. Niestety nie spostrzegłem się w porę, że na pomoście nie ma polerów tylko dziadowskie prostokątne oka. Z tego powodu obkładanie cumy zajęło więcej czasu niż bym sobie życzył. Dziub naszego jachtu był znów dryfowany, a zawietrzny narożnik rufy zaczął zbliżać się do pomostu szybciej niż bym chciał. Na szczęście marinero wraz z drugim sternikiem zdążyli zamocować cumę, co pozwoliło mi wrzucić wysokie obroty i powstrzymać dryf jachtu. W burtę dostaliśmy jeszcze silniejszy podmuch wiatru i dopiero przy dwóch tysiącach obrotów silnika nasz jacht zaczął dostawiać się do jednostki stojącej po nawietrznej. Cuma rufowa kilka razy zaskrzypiała, obsługa na lądzie wkładała całe swoje siły w jej utrzymanie (w sumie to wolałbym żeby nas puścili zamiast narażać dłonie), ale po dłuższej chwili staliśmy już w dobrej pozycji.
Teraz pracownik z dumą podał nam swój ukochany muring i odebrał drugą cumę rufową, którą jednak bezsensownie obłożył na oku znajdującym się w połowie szerokości naszej rufy. Tłumaczenia, że ma ją przenieść na następne miejsce nie przyniosły rezultatu i ostatecznie zdesantowaliśmy na keję swojego człowieka, który zrobił co trzeba. Marinero coś tam marudził pod nosem, że zapłacimy za dwa miejsca, ale finalnie stanęliśmy prawidłowo. Trzeba jednak oddać, że gdy chłopak przyszedł po dokumenty to niemalże nas przeprosił za swoje zachowanie i wytłumaczył, że dopiero się uczy. Wymieniliśmy się uściskiem dłoni, a po chwili widziałem, że następny jacht jest już cumowany jak należy.
Za cumowanie w porcie zapłaciliśmy równe 111 euro. Marina może nie jest wybitnym dziełem architektonicznym — pływające pomosty trzęsły się na fali bardziej niż same jachty, ale położenie dawało nadzieję na spokojną noc, a czyste zadbane sanitariaty wzbudziły nasze zaufanie.
Milna to niewielka mieścina, składająca się z jednej uliczki biegnącej wzdłuż nabrzeża. Popularność wśród żeglarzy zyskała sobie swoim dogodnym położeniem w głębi dobrze osłoniętej zatoki. Ze względu na swoje położenie w odległości trzech godzin płynięcia na silniku od Trogiru jest dogodnym przystankiem na pierwszą i ostatnią noc czarteru. Z tych powodów powstały tam trzy mariny: miejska, ACI i wspomniana już Vlaška.
Po zejściu z jachtu udaliśmy się do miasteczka na rekonesans. Zostawiliśmy nieco grosza u sympatycznego pana sprzedającego lody w swojej budce oraz w jednym z barów oferujących złociste trunki. Siedząc przy stoliku na nabrzeżu załoga miała okazję poobserwować jachty cumujące w ACI przy dopychającym wietrze.
Gdy już ugasiliśmy pragnienie i przepłukaliśmy usta ze słonej wody, wyruszyliśmy w drogę do restauracji Bago. Jest to miejsce, które zostało nam zareklamowane przez panią rozdającą ulotki w porcie. Lokal jest położony u wejścia do zatoki, obok plaży, nieco przed naszą mariną. Prawdę mówiąc, jeśli ktoś o nim nie wie to go nie znajdzie. Atmosfera na miejscu była bardzo przyjemna, nawet Chorwaci świętujący coś, zważywszy na ich głośne i harmonicznie niezbyt zgrane śpiewy, bardzo doniosłego, nie wydawali się irytujący, a raczej budowali lokalny koloryt tego miejsca. Zamówiona przeze mnie smażona ośmiornica z ziemniaczkami była bardzo smaczna i sycąca. Żal tylko budził fakt, że menu oferowało pekę, którą jednak trzeba zamawiać z rana, więc tym razem obeszliśmy się smakiem.
Czwartkowe poranne prognozy zapowiadały burze na kolejną noc, jednak piątek miał już być pogodny. Nie do końca mnie to uspokajało bo w tym czasie w Chorwacji prognozy stanowiły jedynie delikatną sugestię, jednak bez sensu było wracać wcześniej do Trogiru jedynie ze względu na mgliste obawy. Chcieliśmy jeszcze popływać, jednocześnie kierując się już w pobliże portu początkowego.
Załoga otrzymała kilka propozycji na ten dzień: Rogač, Split, Kaštela lub Rogoznica. W piątek miało powiać ze wschodu więc żeglarski duch nakazywał płynąć do Rogoznicy, aby kolejnego dnia jeszcze kilka godzin pożeglować z wiatrem.
Rogoznica to miasteczko położone w głębokiej zatoce, osłonięte ze wszystkich stron, będące dobrym miejscem na przeczekanie burzy. Było więc dobrym wyborem na przeczekanie niespokojnej nocy. Ze względu na bezwietrzną pogodę, całą 30-milową trasę mieliśmy przebyć na silniku. Planowaliśmy też zatrzymać się na lunch i odpoczynek w zatoce Blue Lagoon przy wyspie Drvenik Veli.
Regaty na trasie do Rogoznicy
Regaty na trasie do Rogoznicy
Tak też uczyniliśmy. W Blue Lagoon panował tłok jak zwykle. Kilkukrotnie rzucaliśmy kotwicę w różnych miejscach, ale jakoś nie chciała dobrze chwycić mimo piaszczystego dna. Ostatecznie stanęliśmy niezbyt pewnie, ale przy braku wiatru to wystarczyło. Temperatura powietrza tego dnia spadła, nie mocno, ale jednak wyraźnie. Z tego powodu załogę opuściła chęć do korzystania z kąpieli. Po posiłku wyszliśmy z zatoki i skierowaliśmy się do Rogoznicy, gdzie dotarliśmy po dwóch i pół godziny płynięcia na silniku. Marina Frapa ma przygotowane dla odwiedzających ją jachtów najdalej wysunięte keje. Brak tłoku stanowi miłą odmianę po tym czego doświadczyliśmy w Vela Luce i Starym Gradzie.
Udaliśmy się na popołudniowy spacer na wyspę połączoną wałem z resztą miasteczka. Tam skonsumowaliśmy desery lodowe, a także obejrzeliśmy też marinę miejską, pięknie położoną przy bulwarze. Przy następnej wizycie spróbuję tam zacumować.
Gdy wracaliśmy na jacht zapadał już zmrok. Na koniec dnia założyłem jeszcze dodatkowe cumy rufowe, aby przygotować nas na zbliżającą się burzę. Noc jednak była spokojna, gdzieś na horyzoncie coś pogrzmiało, ale na tym się skończyło.
Za postój zapłaciliśmy 103 euro.
W piątek szykowaliśmy się do wcześniejszego wyjścia zaplanowanego na 8:00, tak żeby dopłynąć do Trogiru przed tłumami. Niespecjalnie nam to wyszło. Ostatecznie marinę opuściliśmy przed 9:00. Prognozy mówiły o wietrze baksztagowym, ale finalnie mieliśmy półwiatr. Ze względu na to, że według map pogodowych płynęliśmy na granicy silniejszego wiatru, postawiliśmy tylko foka. Żeglowaliśmy z prędkością dochodzącą do 8 węzłów, więcej żagla nie było nam więc potrzebne.
Po minięciu wyspy Drvenik Mali wiatr zaczął słabnąć i przeszedł w bajdewind. Postawiliśmy pełny zestaw żagli i dzielnie płynęliśmy łapiąc coraz to nędzniejsze podmuchy. W pewnym momencie wspomogliśmy się silnikiem aby przepłynąć strefę ciszy, ale to jedynie na krótki czas odwlekło decyzję o przejściu na napęd mechaniczny.
Pewni, że to już koniec przygód przełączyliśmy się w tryb relaksu. Jednak po wejściu do Zatoki Trogirskiej wiatr zaczął się niespodziewanie wzmagać. Nadchodzące od strony Splitu porywy zaczęły osiągać prędkość do 15 węzłów. Wprost „wymarzone” warunki na podchodzenie do stacji benzynowej…
Niestety, nasze godzinne opóźnienie przy opuszczaniu Rogoznicy teraz się mściło. Goniła nas już flotylla jachtów wracających z rejsów, bojowo nastawionych do przelewania ostatniej kropli krwi za to, żeby zatankować paliwo przed innymi. Kilka jachtów zaczęło niemal wjeżdżać na naszą rufę, nie zostawiając nam przestrzeni do manewrowania. My dotarliśmy już do czerwonej boi przy stacji benzynowej Mariny Baotić, oznajmiającej o znajdującej się dalej płyciźnie. Zatrzymałem jacht i odwróciłem go o 180 stopni aby ustawić się rufą do wschodniego wiatru. Inny jacht nieopodal uczynił tak samo. Sąsiednie jednostki, na których najwyraźniej poziom testosteronu przekraczał dopuszczalne normy, zaczęły wykonywać dzikie ruchy, wpychając się między siebie nawzajem. Jednemu sternikowi, który minął nas na centymetry zwróciłem uwagę, że morze jest duże i miejsca starczy dla każdego. Wzruszył jedynie ramionami i dalej robił swoje…
Za każdym razem, gdy na stacji zwalniało się któreś miejsce, rozpoczynała się nerwowa bitwa o to kto pierwszy je zajmie. Kompletny absurd, w którego środku wbrew naszej woli znajdowaliśmy się my. Widać było, że dowódcy części jednostek ustawili się w kolejce i w spokoju czekali na swój czas. Kilku sterników nie potrafiło jednak zrozumieć, że to nie autostrada, a oni nie siedzą za kierownicami BMW. Doszło do tego, że jeden z nich na pełnej petardzie podszedł alongside dziobem do stacji benzynowej zatrzymany przez dobrze ustawiony odbijacz na dziobie, z kotwicą, która na centymetry przeszła nad górną krawędzią betonowej kei. Następny idiota podchodził w ogóle bez odbijaczy, prując wzdłuż betonu z prędkością przelotową, zatrzymując się dopiero w doku służącym do wodowania jachtów. Taki klimat…
Przeczekaliśmy, aż stężenie hormonów w powietrzu opadnie, i w końcu podeszliśmy do wolnego miejsca po nawietrznej stronie stacji benzynowej. Zatankowaliśmy i odeszliśmy. Trzeba było zwiększyć obroty na silniku do ponad dwóch tysięcy, aby dziób chciał odkleić się od nabrzeża przy dopychającym wietrze. Kolejny jacht oczywiście nie mógł zaczekać aż spokojnie zwolnimy miejsce, musiał już zagrodzić nam drogę, aby oznajmić swoje pierwszeństwo, niczym jeleń walczący o samicę.
Pozostało jeszcze przezbroić odbijacze i cumy, aby przygotować się do podejścia do leżącego zaraz naprzeciwko stacji benzynowej nabrzeża K w Marinie Trogir, gdzie cumują jachty Angeliny. Cierpliwie czekaliśmy, gdyż przez zatokę przetaczał się po kolei prom, kilka dużych statków wycieczkowych oraz tłum mniejszych jednostek.
Pracownicy Angeliny postanowili wyznaczać miejsca po nawietrznej stronie kei, co przy 15-węzłowym wietrze wiejącym w dzioby dokujących jachtów było intrygującym wyborem. Korzystając z faktu, że przy przeciwnym pirsie nie było jachtów, podszedłem szerokim łukiem, ustawiłem się z wiatrem i idąc prostopadle do nabrzeża, sterem strumieniowym kontrolowałem żeby dziób jachtu nie został odrzucony od wiatru. Wszystko poszło dobrze.
Zaraz po nas wchodziły jeszcze dwa jachty. Jeden z poważnymi problemami, przy podejściu obrócił się bokiem, i tylko centymetrów zabrakło, żeby swoją kotwicą orał burtę następnej łódki. Skończyło się tylko na zarysowaniu rufy o drewnianą belkę nabrzeża. Kolejny jacht, który cumował bezpośrednio przy nas, wycelował narożnikiem rufy w naszą burtę, ale celnie przyłożony przez naszą załogantkę odbijacz uchronił jachty od szkód. Pogoda i pracownicy Angeliny zgotowali sternikom niełatwe warunki na koniec rejsu.
Po sklarowaniu pokładu wznieśliśmy tradycyjny symboliczny toast za cudowne ocalenie. Teraz zostało już tylko rozpocząć pakowanie i przygotowania do powrotów. W międzyczasie pracownicy firmy przeprowadzili oględziny jachtu, nie dopatrując się żadnych nowych szkód. Załoga była szczęśliwa odzyskując całą kaucję, która mogła zostać spożytkowana na wieczorną kolację.
Udaliśmy się do restauracji Marijana, gdzie już rano zarezerwowaliśmy miejsca i zamówiliśmy pekę z ośmiornicy. Jedzenie było godne, a ceny jak na Trogir przyzwoite, za pekę dla ośmiu osób zapłaciliśmy 270 euro. Wieczór zakończyliśmy degustacją Pelinkovaca — jedynego z mocniejszych chorwackich trunków, który przechodzi mi przez gardło, i który nawet mi smakuje.
Lot powrotny miałem dopiero w niedzielę wieczorem. Był więc czas na odwiedzenie kilku miejsc w mieście. Zacząłem od obżarstwa. Spróbowałem popularnych małych pączków serwowanych z różnymi dodatkami oraz lokalnego specjału — trogirskiego rafioli — słodkiego pieroga z migdałowym nadzieniem. Na obiad zamówiłem golonko z jagnięciny.
Pączki w polewie
Trogirski rafioli
Na każdym kroku znajdziecie produkty z lawendą
Trogirskie aniołki
Brama starego miasta
Uliczki starego miasta
Najedzony poszedłem zwiedzać miasto. Spacerowałem po zabytkowych uliczkach, wyłożonych nierównym brukiem, który był zabójcą kółek od walizek. Widać jednak, że w niektórych częściach starówki drogi są wyłożone nowszym, równo ociosanym kamieniem. Wokół otaczały mnie sklepy z pamiątkami, w których najpopularniejszymi produktami były wszystkie możliwe rzeczy, do których da się zapakować lawendę. Odwiedziłem też moje ulubione miejsce — uroczy zaułek, gdzie w jednym z lokali jest okno z namalowanymi na okiennicach „Trogirskimi Aniołkami”.
Miejski zegar na placu przed Katedrą
Panorama miasta
Miejska promenada
Zwiedziłem kompleks Katedry św. Wawrzyńca, składający się z kościoła, chrzcielnicy, dzwonnicy i muzeum sztuki sakralnej, gdzie prezentowane są malowidła pochodzące z XIV i XV wieku. Z dzwonnicy można podziwiać panoramę miasta. Z góry widać, że starówka niszczeje. W oczy rzucają się zapadnięte dachy niektórych zaniedbanych budynków. Niespodziewany widok w mieście, gdzie każdy metr kwadratowy jest cenny, prawdopodobnie jak w wielu miejscach, będący skutkiem nieuregulowanych praw spadkowych.
XIV-wieczny krzyż
Obraz Maryi z Dzieciątkiem
W Katedrze znajduje się boczna sala, w której zgromadzono najcenniejsze eksponaty. Wiele z nich jest poświęconych św. Wawrzyńcowi. Drugą ważną postacią czczoną w Trogirze jest bł. biskup Jan Trogirski, który jest jego patronem i którego postać znajduje się w herbie miasta. Janowi Trogirskiemu jest poświęcona jedna z katedralnych kaplic, gdzie w otoczeniu figur Apostołów leży sarkofag kryjący relikwie błogosławionego.
Ołtarz i prezbiterium w Katedrze św. Wawrzyńca
Ambona w Katedrze św. Wawrzyńca
Kaplica bł. Jana Trogirskiego
Chrzcielnica w Katedrze św. Wawrzyńca
Droga na dzwonnicę
Jeden z katedralnych dzwonów
Widok w dół z dzwonnicy
Pod wieczór wszedłem na wieżę Twierdzy Kamerlengo. Wybudowana w XV wieku przez Wenecjan forteca miała bronić dostępu do strategicznego portu. Na szczycie czekał na mnie spektakl napisany przez zachodzące słońce i wschodzący księżyc. Ostatni widok, na port z którego rozpoczynałem rejs już budził pragnienie następnej przygody.
Twierdza Kamerlengo
Widok z Twierdzy Kamerlengo na Trogir
Słońce zachodzące nad naszą mariną
Księżyc nad Trogirem
Częste są głosy, że Chorwaci zachłysnęli się turystyką i stracili rachubę. Faktycznie, tanio nie jest, ale mimo z roku na rok podnoszonych cen chętnych nie brakuje. Kraj ma do zaoferowania wiele unikalnych doświadczeń i odwiedzający najwyraźniej cały czas uważają, że warto za nie zapłacić.
My na chorwackie wody pewnie jeszcze wrócimy.