4 października 2026
Dotarcie do Skradina i Parku Narodowego Krka drogą morską miałem w planach od dłuższego czasu. Rzeczny krajobraz, ciągnące się wzdłuż brzegów morskie farmy, panorama Šibenika, przejście pod mostami, noce w zatoczkach — obiecujący pomysł na rejs dla rodziców z dziećmi.
Załoga składała się z trzech dziewczynek w wieku 8–12 lat oraz ich rodziców. Dla nich wszystkich było to pierwsze morskie żeglarskie doświadczenie. Odwiedzenie parku narodowego w górze rzeki Krka, oprócz niekwestionowanych walorów przyrodniczych, miało też być pretekstem do zejścia z jachtu i spędzenia dnia na lądzie na wypadek gdyby dzieci musiały się wyszaleć i odpocząć od siedzenia na małej przestrzeni łódki.
Wrześniową żeglarską przygodę rozpoczynaliśmy w sobotę w Trogirze. Połowa załogi była na miejscu już od kilku dni, aby korzystać z dobrodziejstw miasta i plaż. Reszta miała dolecieć w czwartek wieczorem, jednak ze względu na burze przechodzące nad Chorwacją lot został przełożony na piątkowy poranek.
Płyniemy komfortowym, sportowym jachtem typu More 55. Zwiedzimy Anconę, Pulę, Wenecję oraz inne porty Chorwacji i Włoch.
Trogir jest atrakcyjnym punktem startowym dla żeglarzy ze względu na położone wokół niego duże mariny będące bazami flot czarterowych. Pobliskie lotnisko Split jest dobrze skomunikowane z dużymi polskimi miastami. Z portu lotniczego do Trogiru można dotrzeć samochodem w 10 minut lub autobusem nr 37 który zatrzymuje się na trogirskim dworcu.
W sobotę rano udałem się do portu załatwić formalności związane z odbiorem jachtu. Czarterowaliśmy jednostkę typu Dufour 470 o nazwie „Anthea”. Jest to wygodna 5-kabinowa łódź o długości 14 m, szerokości 4,74 m i zanurzeniu 2,25 m. Formalnie może na niej pływać do 12 osób (wtedy dwie śpią na kanapie w messie), jednak uważam, że 8–9 osób to maksimum, przy którym można na niej wygodnie żeglować i bytować. Jacht czarterowaliśmy od firmy Angelina — mam o niej dobre zdanie, dbają o jachty, pracownicy są życzliwi i od ręki uzupełniają braki i naprawiają usterki.
Ze względu na duże obłożenie (w tym czasie wyczarterowane było wszystko co tylko unosi się na wodzie), nie było nawet co marzyć o wcześniejszym wejściu na pokład. Jacht został mi udostępniony dopiero o 16:30. Sprawdzenie wszystkiego zajęło mi trzy godziny, więc załoga mogła się rozgościć w kajutach dopiero przed ósmą wieczorem.
W międzyczasie wyznaczone osoby zrobiły zakupy. W samym porcie znajduje się sklep Ribola, w którym można zaopatrzyć się w najcięższe rzeczy, takie jak woda, puszki, pakowane jedzenie. Po warzywa, mięso i pieczywo lepiej udać się do centrum. Zaraz przy starym mieście znajduje się dobrze zaopatrzony Konzum. Około kilometr na zachód od niego jest też market Plodine. Odległość z jachtu do sklepu wynosiła 1,5 kilometra więc zakupy najlepiej dostarczyć taksówką. Pytaliśmy czy ktoś podwozi ludzi na jachty motorówkami, ale pracownicy lokalnej restauracji nie znali nikogo takiego.
Gdy jacht był gotowy, a ciekawskie dziewczynki zwiedziły już wszystkie kąty, odbyło się szkolenie z zasad bezpieczeństwa. Jako, że załoga nie miała doświadczenia, a do przyswojenia było mnóstwo informacji i umiejętności, więc podzieliłem je na dwie części: wieczorną pogadankę teoretyczną i poranną część praktyczną.
Po niedzielnym śniadaniu przyszedł czas na przygotowanie się do wyjścia z portu. Moje opowieści o muringach, cumach, węzłąch i odbijaczach zajęły trochę czasu, więc gdy o godzinie 11:00 osiągnęliśmy stan gotowości operacyjnej, byliśmy ostatnim jachtem wypływającym w morze. Cieszyło mnie to, gdyż pozwalało w bezstresowy sposób przeprowadzić z początkującą załogą nasz pierwszy manewr. Oddaliśmy cumy, odeszliśmy od pomostu i rozpoczęliśmy naszą wyprawę.
Z prognozami pogody były problemy. Przed rejsem przewidywania potrafiły zmieniać się z dnia na dzień o 180 stopni. Najpierw modele pokazywały warunki do uprawiania przyjemnego żeglarstwa, aby po kolejnej aktualizacji zaprezentować wichury, które zmuszałyby nas do stania cały tydzień w porcie, bez jakiejkolwiek okazji na wychylenie nosa na wodę. Podczas całego tygodnia prognozy były zmienne, modele pokazywały odmienne przewidywania, które oprócz tego różniły się od tego co zastaliśmy na wodzie. W takich warunkach układałem plan trasy na bieżąco, każdego ranka rozmyślając co tak naprawdę może nas spotkać.
Celem na pierwszy dzień rejsu były okolice Grebašticy, gdzie chcieliśmy zakotwiczyć na noc. Prognozy skrajnie się rozjeżdżały. Model ECMWF prognozował na naszej trasie niemalże flautę, z kolei lokalny chorwcki ALADIN zapowiadał północny wiatr w porywach dochodzący do 18 węzłów. Choć pływanie bajdewindem w takim wietrze z nową załogą już pierwszego dnia nie było moim preferowanym wyborem, to jednak miało zalety. Większość załóg rozpoczynających rejsy w Trogirze i okolicach kieruje się do najpopularniejszych miejsc na południu i wschodzie: Hvaru, Starego Gradu czy Korčuli. My chcieliśmy płynąć na północny-zachód, w kierunku Šibenika. Zapowiadany mocniejszy wiatr w tym rejonie pewnie dodatkowo zniechęcał tych żeglarzy, którzy szukali spokoju i relaksu. Była więc nadzieja na to, że w naszej okolicy nie będzie tłoku.
Początkowo żegluga była rekreacyjna. Dzieci i dorośli oswajali się ze sterem i mechaniką stawiania żagli. Minęliśmy od północy wyspy Drvenik Veli i Drvenik Mali, za którymi skręciliśmy na północny-zachód i rozpoczęliśmy żeglugę ostrym bajdewindem prawego halsu. Dziewczyny z wachty kambuzowej podjęły się odważnej misji gotowania w przechyle. Obiad wyszedł smaczny, ale panie stwierdziły że już takich wyczynów powtarzać nie będą i lepiej będzie przygotowywać prefabrykaty wcześniej lub czekać z gotowaniem do zacumowania.
W trakcie konsumpcji posiłku, gdy byliśmy na równoleżniku Rogoznicy wiatr zaczął się wzmagać, ewidentnie wskazując, że flauty nie będzie. Zaczęliśmy stopniowo redukować powierzchnię żagli, aż finalnie mieliśmy założone po trzy refy na grocie i foku. Po pół godziny wiatr osiągał już w porywach przewidywane 18 węzłów, a jako że byliśmy na otwartej wodzie, nieosłonięci wyspami to fale sięgały jednego metra. Natomiast to, co zwróciło moją uwagę to kierunek wiatru, który skręcił z północnego na północno-zachodni. W tych warunkach kotwiczenie w Grebašticy przestało mieć jakikolwiek sens, bo wiatr wchodził prosto w zatokę. Do gry wszedł plan B polegający na tym, aby zatrzymać się na bojowisku w Zatoce Magarna po południowo-wschodniej stronie wyspy Zlarin, gdzie bylibyśmy osłonięci od wiatru.
Z racji na pojawiające się przechyły przejąłem ster, a załoga grzecznie siedziała w kokpicie. Dziewczynki co chwila pytały czy to już jest duży przechył czy jeszcze nie, podekscytowane tym, jak bryzgi wody od czasu do czasu dostają się na pokład.
Wykorzystując okazje do ostrzenia, w półtorej godziny na jednym halsie zapłynęliśmy do wyspy Zlarin. Tam, gdy tylko schowaliśmy się za lądem wiatr ucichł. Niemniej, przesuwajace się po wodzie pasy ciemnej pomarszczonej wody nakazywały zachować czujność. Faktycznie, przyjęliśmy jeszcze trzy porywy, po których sytuacja całkowicie się uspokoiła gdy wpłynęliśmy do zatoki.
Tam okazało się, że na bojach stoją tylko dwa jachty. Zgodnie z przewidywaniami większość żeglarzy udała się w innych kierunkach. Sklarowaliśmy jacht, opuściliśmy platformę i mogliśmy się oddać wodnym zabawom w przepięknej scenerii. Za boję zapłaciliśmy 40 euro używając do tego kodu QR, który się na niej znajdował.
Postój w zatoce Magarna
Wysiłek podjęty poprzedniego dnia opłacił się. Dotarcie w niedzielę na Zlarin, otwierało nam drogę do Skradina i umożliwiało spożytkowanie jednego dnia na zwiedzenie parku narodowego, tak aby mieć zapas czasu potrzebny na spokojne dopłynięcie z powrotem do Trogiru pod koniec tygodnia.
Kilkudniowa prognoza zaczęła pokazywać burze, które miały się przetaczać nad Środkowym Adriatykiem od nocy z czwartku na piątek i dalej przez cały dzień. Oznaczało to, że trasa musi być tak skalkulowana, abyśmy mogli wrócić już w czwartek. Mieliśmy jednak nadzieję, że może niestabilność prognoz obróci je jeszcze na naszą korzyść.
Program rejsu zakładał, że w niedzielę zakotwiczymy na jeziorze Prokljansko, skąd w poniedziałek z samego rana udamy się do Skradina, aby zwiedzić wodospady i zostać w mieście na noc. Jednak nowa prognoza pogody zmieniła nasze plany, gdyż w tych rejonach miała wiać bora (północny wiatr katabatyczny). Należało się spodziewać, że spadające z gór podmuchy wiatru będą najsilniejsze w korycie rzeki. Stąd zdecydowałem, że od razu płyniemy do Skradina i tam spędzimy dwie kolejne noce. Na tę okazję zarezerwowałem miejsce w marinie miejskiej.
Płynąc do Skradina najpierw przeszliśmy przez Kanał św. Antoniego (sv. Ante), po prawej stronie mijając Twierdzę św. Mikołaja. Jest to wąskie przejście, którym pływają promy oraz inne duże statki do Šibenika. Mimo tłoku i ograniczenia prędkości, w kanale trzeba uważać na motorówki, które pływają blisko jachtów wytwarzając falę i robiąc niepotrzebne zamieszanie. Po drugiej stronie przejścia oczom ukazuje się panorama Šibenika. Z oddali można podziwiać m.in. Katedrę św. Jakuba i Twierdzę św. Michała. Płynąc wzdłuż wybrzeża wspominaliśmy naszą wcześniejszą lądową wizytę w Chorwacji, podczas której zwiedzaliśmy miasto.
Skręciliśmy na północny-zachód. Zainteresowanie załogi wzbudziły rzeczne farmy, w których hoduje się małże i ostrygi. Dalej przeszliśmy pod dwoma mostami. Pierwszy z nich ma prześwit 30 metrów, a drugi 56. Było oczywiste, że nasz maszt się zmieści, ale mimo wszystko widok z perspektywy pokładu dawał złudzenie, że jednak może się to nie udać. Pomiędzy nimi znajduje się wspomniane już jezioro Prokljansko. Na wpływającej do niego od wschodniej strony górnej części rzeki znajdują się dwie restauracje oferujące miejsca postojowe — Konoba Smokvić oraz Konoba Vidrovača. Obydwie oferują „bezpłatny” postój w cenie obiadu. Konoba Smokvić ma niższe ceny, ale nie oferuje prądu ani wody do jachtu. Konoba Vidrovača ma takie udogodnienia, natomiast z menu wynika, że wydatek na obiad może tam sięgnąć 80–100 euro od osoby. Rozważałem Konobę Smokvić jako potencjalne miejsce postojowe, ale załoga kupiła wcześniej tyle jedzenia, że mieliśmy wikt zapewniony do końca rejsu. Nie było więc sensu chodzić do restauracji.
Warto też wspomnieć, że o ile jeszcze jakiś czas temu przed miastem były dostępne boje i przestrzeń do kotwiczenia, to obecnie stawanie na rzece w tym rejonie jest zabronione, a cumować można tylko w portach.
Do Skradina dotarliśmy w południe. Nie mogąc dopatrzeć się obsługi, wywołałem marinę na radiu. Odpowiedziała mi marina ACI informując, że port miejski nie ma radiostacji. No cóż... taki właśnie jest chorwacki klimat. Marinero znalazł się po chwili, odebrał cumy, miło nas przywitał i opowiedział co gdzie możemy znaleźć. O tej porze w porcie miejskim większość miejsc była jeszcze wolna. Szczyt ruchu przypadł na godzinę 14:00, a po 15:00 wszystkie stanowiska były już zajęte.
Za postój zapłaciliśmy 86 euro za noc wraz z podłączeniem do prądu i wody. Toaleta w marinie była dodatkowo płatna — 1 euro. Jej stan pozostawiał trochę do życzenia, standard obiektu odbiega już od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Sanitariaty znajdującej się naprzeciwko w ACI są na pewno piękniejsze, ale postój tam jest dwukrotnie droższy.
Resztę dnia spędziliśmy na posiłku, uzupełnieniu zapasów i zabawach w wodzie na atrakcyjnej miejskiej plaży. Podczas kąpieli, nasze zdziwienie wzbudził fakt, że woda w rzece jest słonawa, a znajdowaliśmy się przecież 10 mil od jej ujścia. Poczuliśmy też, że woda w kąpielisku już się wychładzała, a mimo to kamyki na jej dnie nadal były bardzo nagrzane. Zgodnie z powiedzeniem, że podróże kształcą, kolega zaczął drążyć temat. Dowiedzieliśmy się, że o ile w górze rzeki głębokość sięga 5 metrów, to przy jej ujściu zwiększa się do 43. Z racji tego, że słona woda jest gęstsza od słodkiej dochodzi do sytuacji, w której przy dnie w górę rzeki płynie woda słona, a powierzchnią w dół spływa woda słodka. Słona warstwa wody przy dnie jest cieplejsza gdyż jej większa gęstość spowalnia oddawanie ciepła ku powierzchni.
Od przyjazdu do Chorwacji chodziła za mną pokusa zamówienia sobie drinka, w którymś z barów. Przed rejsem pomysł nie został zrealizowany z powodu braku innych chętnych. Potem obowiązki skipperskie nakazywały pozostawać przy napojach bezalkoholowych. Teraz, stojąc w bezpiecznym porcie, przy spokojnej pogodzie, razem z kolegą postanowiliśmy skorzystać z okazji i sprawdzić co lokalni barmani mają nam do zaoferowania. Skradin nie jest metropolią, więc szybko okazało się, że źródełko drinków jest tylko jedno. Oferta baru El Toro nas przekonała, więc zamówiliśmy sobie po szklaneczce i usiedliśmy przy stolikach znajdujących się na nabrzeżu, przy samych jachtach. Lubię taki klimat miejskich kei, gdzie zaraz przy parkujących łodziach znajdują się puby i restauracje. W takim otoczeniu odprężeni oddaliśmy się wieczornym rozmowom. W pewnym momencie zaczęły do nas dochodzić głośne śpiewy (powiedzmy wprost: darcie ryja) polskojęzycznych, niezbyt kulturalnych pieśni masowego rażenia. Szybko zlokalizowaliśmy jacht cumujący nieopodal, będący nadawcą tych radosnych dźwięków. Uśmiechnęliśmy się, stwierdziliśmy, że taki mamy klimat i wróciliśmy do własnych rozmyślań. Po chwili ów jacht przykuł naszą uwagę ponownie, gdy naszym oczom ukazał się obrazek pani „holującej” jakiegoś jegomościa po trapie. Sytuacja wskazywała na wysokie stężenie alkoholu we krwi. Przyznam, rozbawiło mnie to nieco, gdyż na początku rejsu podczas szkolenia poruszyłem kwestię picia alkoholu i ostrzegłem załogę, że zalecam umiar w spożyciu, ponieważ trap stanowi ostateczny, obiektywny i nienegocjowalny test trzeźwości. Ta myśl nie zdążyła jeszcze w całości przepłynąć mi przez głowę, gdy dżentelmen przegrał walkę z trapem i spadł. Na szczęście nie do wody tylko na platformę, na nieszczęście widać było że jego głowa uderzyła w coś w co nie powinna. Zastanawiałem się czy pobiec ze wsparciem, ale miejscowa załoga zaczęła już udzielać pomocy poszkodowanemu, nie było więc sensu zwiększać zamieszania. Gdy mężczyzna stanął już na własne nogi (chyba bez obrażeń) dotarło do mnie, że on nie był pijany tylko cierpiał na porażenie mózgowe. Już kilka razy zdarzało mi się widywać niepełnosprawnych na rejsach i zawsze mam w tej kwestii mieszane uczucia. Z jednej strony fajnie jeśli można likwidować bariery, bo niepełnosprawni też mają prawo do realizowania swoich marzeń. Z drugiej, jacht to jest środowisko pełne zagrożeń, gdzie ograniczenia w mobilności zwiększają ryzyko wystąpienia poważnych zdarzeń. Być może należy stosować zasadę, że chcącemu nie dzieje się krzywda, ale czy prokurator zastosuje ją wobec sternika?
Następnego dnia nie mieliśmy wypływać. Chcieliśmy spędzić dzień na zwiedzeniu Parku Narodowego oraz odpoczynku. Przy śniadaniu okazało się, że nie da się już kupić przez internet biletów na poranne godziny wstępu. Zestresowani poszliśmy do kas, gdzie poinformowano nas, że wejściówki są cały czas dostępne, a limit sprzedaży dotyczy tylko sprzedaży w sieci. Kupiliśmy wejściówki. W sezonie (do końca września) bilet dla osoby dorosłej kosztuje 40 euro, a dla dziecka 15. Po śniadaniu udaliśmy się na przystań, skąd odpływają statki kursujące w górę rzeki. Do parku można udać się albo łodziami należącymi do parku albo szlakiem lądowym (pieszo lub rowerem). Nie ma natomiast możliwości samodzielnego zapłynięcia swoim jachtem.
Po 20-minutowej podróży zacumowaliśmy u wejścia do Parku. Tam, po krótkim spacerze doszliśmy do lokalnego centrum rozpusty, gdzie tłumy do woli oddawały się konsumpcji napojów, przekąsek i słodyczy. Mimo połowy września (a może właśnie dlatego, ze względu na znośne temperatury) park był zatłoczony. Cały czas towarzyszył nam nieprzerwany strumień turystów. Zrobienie sobie zdjęcia przed Skradinskim Bukiem wymagało cierpliwego oczekiwania na swoją kolej.
Niemniej było pięknie. Widoki na przelewające się wodospady zawsze robią wrażenie. Byliśmy już tutaj przed kilkoma laty i powrót w to miejsce sprawił nam wielką przyjemność. Porównując zdjęcia z poprzedniej wizyty było widać, że teraz przez wodospad płynęło znacznie mniej wody. Na samej ścieżce spacerowej kiedyś woda podchodziła pod same deptaki, teraz wkoło było sporo suchej przestrzeni. Znaczący wzrost temperatur w miesiącach letnich powoduje w Chorwacji duże susze. Część rzek wysycha całkowicie. Zdarzają się też pożary, jak choćby te, które niedawno trawiły wyspy Čiovo i Brač.
Oprócz Skradinskiego Buku, największego wodospadu, będącego wizytówką parku, są też inne atrakcje: stara elektrownia wodna, młyn, punkty widokowe, ryby pływające w wodzie i mnóstwo innych, mniejszych kaskad. Miejsce jest przepiękne, zawsze warte odwiedzenia, niemniej na spokojny relaks w odosobnieniu nie ma tam co liczyć, przynajmniej nie do końca września.
Przystań w Skradinie, skąd odpływają statki do Krka
Skradinski Buk — największy z wodospadów w Parku Narodowym Krka
Ryby pływające w rzece
Widok na rzekę Krka
Park Krka jest pełen mniejszych kaskad
Z wizyty byliśmy zadowoleni. Dzieciaki mogły się wybiegać, a dorośli odpocząć od kołysania. Wracając musieliśmy odstać ponad godzinę w długiej kolejce ludzi czekających na statki wracające do miasteczka.
Spacerując po parku zerkałem na prognozy pogody. Te znów wywinęły fikołka, zakręciły ponownie kołem fortuny, które tym razem wskazało, że kolejna noc, wbrew wcześniejszym doniesieniom, będzie spokojna. W trakcie „rodzinnej” narady decydowaliśmy czy zostajemy w Skradinie i korzystamy z uroków plaży, czy wypływamy by zrealizować zarzucony wcześniej pomysł nocowania na kotwicy na jeziorze Prokljansko. Na stole leżała też opcja postoju we wspomnianych wcześniej konobach usytuowanych na rzece.
Załoga zgodnie stwierdziła, że kotwica na jeziorze to najciekawsza propozycja. I tak, po krótkich zakupach i przygotowaniach opuściliśmy miejski port. Poznany dzień wcześniej marinero z uśmiechem nas pożegnał i życzył dobrego dnia. Zaskakujące, że tym razem o 15:00 marina była niemal pusta. Najwyraźniej obietnica dobrej pogody skusiła żeglarzy do wyboru innych miejsc postojowych.
Mój plan zakładał postój w zatoczce o charakterystycznym kształcie ogona wieloryba, znajdującej się na wschodnim brzegu jeziora, po północnej stronie wejścia do rzeki, ze stojącym u wejścia do niej południowym znakiem kardynalnym ostrzegajacym przed płycizną. Niestety, w szerokiej części zatoki stał już duży jacht motorowy, a głębiej było zbyt wąsko żeby mieć zagwarantowany bezpieczny postój.
Postanowiłem sprawdzić inne miejsce, małą zatoczkę znajdującą się na południowym brzegu rzeki. Ale tam też miejsca było mało, a najlepszy punkt był już zajęty. Miałem przygotowane w odwodzie jeszcze jedną lokalizację — rozległą płyciznę znajdującą się poniżej północnego narożnika jeziora, na południe od wioski Prukljan i na wschód od wysepki Stipanac. Wypłycenie z dużym obszarem o głębokości 5–6 metrów, znajdujące się w bezpiecznej odległości od brzegu i płycizny na mapie wyglądało świetnie. Skierowałem tam jacht, ale po drodze zobaczyłem, że na północnym zachodzie jeziora, przy ujściu rzeki Guduča stoją dwa jachty – duży motorowy i mniejszy żaglowy. Skuszony tym społecznym dowodem słuszności popłynąłem w tamto miejsce. Próbowaliśmy trzykrotnie rzucać kotwicę w bezpiecznej odległości od brzegu, jednak nic z tego nie wyszło. W końcu zdecydowałem, że płyniemy tam gdzie wcześniej zamierzyłem.
I to był strzał w dziesiątkę! Kotwica chwyciła za pierwszym razem, jacht stał jak wmurowany przy 1,5 tysiącach obrotów na silniku. Byliśmy tam zupełnie sami, bez żadnego innego jachtu w zasięgu wzroku. Warunki były spokojne, jezioro płaskie jak stół. Oddaliśmy się kąpieli. Wieczorem złożyliśmy bimini, aby odsłonić rozgwieżdżone niebo. Noc była cicha, całkowicie bezwietrzna. Jacht stał praktycznie na ciężarze samego łańcucha, myszkując sobie od czasu do czasu. Było tak pięknie, że kolejnego poranka z żalem opuszczaliśmy to miejsce.
Środowy poranek to dla załogi dopiero połowa rejsu. Dla sternika to moment, kiedy musi już mieć przygotowany dobry plan powrotu. Prognozy nadal zapowiadały na piątek burze, co oznaczało, że konieczność skrócenia rejsu stała się scenariuszem bazowym, pod który trzeba było ustawić dwa kolejne dni. Jeśli model znów wykonałby zwrot i anulował te przewidywania, można by obmyślić dodatkowy dzień pływania, ale póki co musieliśmy się kierować w stronę Trogiru.
Na kolejną noc wybrałem Rogoznicę. Płynąc tam mogliśmy spędzić 25 mil na miłej żegludze, jednocześnie zabezpieczając sobie, w razie konieczności, szybki powrót w 3–4 godziny do mariny macierzystej.
Płynąc w dół rzeki zobaczyliśmy, że wzdłuż jednej z farm stoją ustawione jachty. Dostrzegliśmy tam wysuniętą placówkę handlową, oferującą na sprzedaż owoce morza prosto z hodowli. Załoga długo nie musiała się namyślać. Sprawnie założono odbijacze i przygotowano cumy, aby przygotować jacht do podejścia do budki. Wtem motorówką podpłynął do nas sprzedawca tłumacząc, że dostarczy nam towar bez konieczności cumowania. Zamówiliśmy ostrygi i małże. Na przygotowanie towaru musieliśmy długo czekać, jednak było warto. Dostaliśmy talerz ostryg gotowych do konsumpcji i czterokilogramową siatkę małży na obiadokolację. Ostrygi były pyszne, ale dzieciaki nie dały się namówić na podjęcie tego kulinarnego wyzwania.
Postój na jeziorze Prokljansko
Miejsce gdzie kupiliśmy małże i ostrygi
Smaczne świeże ostrygi gotowe do spożycia
Po kulinarnej atrakcji udaliśmy się w dalszą drogę powrotną. Ponownie minęliśmy Šibenik i przeszliśmy przez zatłoczony kanał sv. Ante.
Dzień wcześniej, płynąc do Skradina, mijaliśmy wyspę Zlarin od północnego-wschodu. Teraz okrążaliśmy ją wzdłuż jej północno-zachodniego brzegu, spoglądając na miasto o tej samej co wyspa nazwie. Mieliśmy południowy wiatr i takie zaplanowanie trasy pozwalało nam jednym halsem dopłynąć do Rogoznicy. Żegluga przebiegała w miłym nastroju, przy umiarkowanym wietrze. Tym razem nie było już mocnych podmuchów, więc wszyscy chętni korzystali z okazji do sterowania.
Gdy dopłynęliśmy przed Rogoznicę wywołałem na radiu Marinę Frapa i zapytałem o miejsce do cumowania. Skierowano nas do pomostu numer 8, gdzie faktycznie obsługa już pomagała innym jachtom. Marinero wyznaczył nam miejsce które stanowiło wyzwanie, pomiędzy dwoma jachtami, gdzie podejście dodatkowo zagradzał katamaran stojący naprzeciwko. Dwukrotnie podejmowałem decyzję o taktycznym wycofaniu się i powtórzeniu manewru. Wolę wyjść na tchórza niż zostać gwiazdą YouTube'a. Za trzecim razem marinero dał mi łatwiejsze miejsce, gdzie wszystko poszło sprawnie. Postój kosztował nas okrągłe 103 euro.
W Rogoznicy stałem już kilka razy, ale nigdy nie miałem czasu zajść dalej niż do najbliższego sklepu. Takie czasem są uroki żeglarstwa... albo pływanie, albo zwiedzanie. Teraz znów tak się złożyło. Zrobiliśmy zakupy, załoga przygotowała kolację z małż i dzień dobiegł końca. Zmęczenie dało o sobie znać.
Prognozy na czwartek i piątek były wyjątkowo trwałe... burze. Rozum mówił, że trzeba wracać. Serce musiało tę decyzje przyjąć i się z nią pogodzić. Niespokojnie miało być dopiero wieczorem, więc wciąż jeszcze mieliśmy cały dzień, aby nacieszyć się morzem. Mając wystarczający zapas czasu, zaproponowałem załodze spędzenie pory obiadowej w kultowej zatoczce Blue Lagoon przy południowo-wschodnim brzegu wyspy Drvenik Veli.
Widok na Šibenik
Katamarany kotwiczące w zatoce Blue Lagoon
Dopłynęliśmy tam halsówką, podczas której każdy chętny i każda chętna mogli sprawdzić jak dobrze kręci zwrot przez sztag. Z każdą próbą szło im coraz lepiej.
W Blue Lagoon stawiliśmy się w sam raz żeby wachta mogła przygotować obiad, a dzieciaki w tym czasie do woli skorzystały z kąpieli. Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że tylko ja wpadłem na ten pomysł. Zatoka była zatłoczona od jachtów, katamaranów i łodzi wycieczkowych. Niemniej znaleźliśmy wolne miejsce, w którym kotwica dobrze chwyciła. Dzień wcześniej zdradziłem dziewczynkom sekret związany z otwieraną bramką na relingu burtowym, więc teraz uznały że trzeba jeszcze potestować tę koncepcję skakania do wody.
Kończyliśmy spożywać posiłek, kiedy zauważyłem nad naszymi głowami tworzące się niepokojące wały stratocumulusów. Nie chcąc trenować pływania w deszczu i wśród grzmotów, zarządziłem taktyczny odwrót. Niepełnoletnia część załogi nie była zadowolona z powodu przerwanej zabawy, ale są takie momenty kiedy żarty się kończą. Szybko zrobiono klar w kambuzie, a załoga w kokpicie sprawnie podniosła kotwicę. Niebawem, po odpłynięciu dalej okazało się, że alarm był fałszywy. Chmura zebrała się akurat nad tą zatoką, a wszędzie indziej niebo było czyste. Nie ma jednak co dyskutować, decyzja była słuszna, a lepiej przeszacować w tę stronę.
Zapłynęliśmy do Trogiru, gdzie najpierw zatankowaliśmy paliwo, a potem zacumowaliśmy w porcie. Ku mojemu zdziwieniu, mimo prognozowanej zawieruchy, przy kei Angeliny stały raptem trzy jachty. Nie było obsługi, więc o odebranie naszych cum poprosiliśmy załoganta innego jachtu. Dłuższą chwilę spędziliśmy na dobrym napięciu i obłożeniu muringów. Warto wiedzieć, że muringi w Marinie Trogir są zamocowane na dnie zbyt blisko pomostów. Trzeba więc wypuścić jacht na cumach rufowych na tyle daleko, aby liny muringów patrzyły pionowo. Wtedy trzeba je napiąć ręcznie ile sił, a potem jeszcze naciągnąć silnikiem na biegu wstecznym. Dla naszego jachtu to wystarczyło. Jednak przy innej okazji cumowałem tam 53-stopowym Dufourem 530, który był na tyle długi, że muringów nie dało się napiąć w ten sposób. Wtedy znaleźliśmy dodatkowy muring, który obłożyliśmy na knadze na śródokręciu. Warto przyłożyć do tego należytą wagę, mimo tego, że to już ostatnie cumowanie, załoga myśli o powrocie do domu, mobilizacja spada, a atmosfera robi się leniwa.
Po zakończonym manewrze uczciliśmy zakończony rejs symbolicznym toastem za cudowne ocalenie.
Popołudnie każdy spędził na zajęciach własnych: prysznice, pakowanie, wyjścia na miasto. Ja pogadałem z Polakami cumującymi obok katamaranem. Wyraziłem swoje zdziwienie, że mimo zapowiadanej burzy marina jest pusta. Sąsiad odpowiedział, że też chcieli stanąć na ostatnią noc gdzieś blisko w zatoczce, ale wszędzie miejsca były zajęte i tylko dlatego spłynęli wcześniej do portu.
Przed wieczorem byliśmy już razem na jachcie, rozmawiając o tym co komu przyszło na język. Ja od czasu do czasu spoglądałem na radar pogodowy, obserwując zbliżające się od północy wyładowania. Zadar już obrywał, potem przyszła kolej na Šibenik. Prognozy informowały, że nas burza ominie, co najwyżej zahaczy końcem swojego warkoczyka.
W międzyczasie zapadł już zmrok. Siedzieliśmy w kokpicie, po części świętując, po części śledząc rozwój pogodowych wypadków. Kolega robił telefonem efektowne zdjęcia rozbłysków pojawiających się na horyzoncie. Było już skrajnie mało prawdopodobne żeby burza miała przejść bokiem, więc tak sobie siedzieliśmy, śmieszkowaliśmy i wyczekiwaliśmy aż zacznie padać.
Niebo dało nam trzy sekundy czasu. Koleżanka nie zdążyła dokończyć zdania, a katamaran obok nas już został rzucony o pomost. Mimo, że był krótszy od nas to nie miał dostatecznie napiętych muringów. Dufour 530 zacumowany z naszej drugiej burty, jako pierwszy jacht od morza, zaczął wierzgać na falach. Nasz wysiłek z muringami się opłacił, staliśmy niewzruszeni. Ja i tak w mgnieniu oka uruchomiłem silnik i dałem wysokie obroty naprzód. Czujna załoga podniosła platformę. Nic nam nie groziło. Sąsiedzi obok mieli więcej pracy. Na napięcie muringów nie było już czasu, więc pozostała im tylko praca odbijaczami.
Jadka trwała pół godziny. Potem deszcz i wiatr odeszły tak samo nagle jak przyszły. Została tylko fala, która długo nas jeszcze kołysała. Najwyraźniej za wcześnie wypiliśmy za cudowne ocalenie... trzeba było powtórzyć toast.
Załogi stojące w okolicy na kotwicach musiały mieć trudny wieczór.
Zapowiadane na piątek burze nie nadeszły. Tak to właśnie było z prognozami podczas tego rejsu. Mieliśmy cały dzień na uciechy lądowe. Dzieciaki z rodzicami poszły na plażę, reszta się relaksowała. Poszliśmy na miasto korzystać z życia i oferowanych przysmaków. Natrafiliśmy na wesele. Pan młody stał na schodach pod Katedrą św. Wawrzyńca i wymachiwał chorwacką flagą. Pani młoda bawiła się z gośćmi przy muzyce.
Szefowa kambuza wydała jeszcze rozkaz znalezienia i zakupienia biszkoptowych kocich języczków. Razem z wcześniej zakupionym mascarpone posłużyły do przygotowania przepysznego tiramisu.
W sobotę nie było pośpiechu. Nie zdawaliśmy jachtu, ponieważ płynąłem nim w jeszcze jeden rejs z inną załogą. Niektóre osoby zostawały do kolejnego dnia, inni mieli lot późnym wieczorem. Każdy więc miał jeszcze trochę czasu na spokojny obiad, leniuchowanie i przygotowanie się do powrotu. Dwie załogi miały okazję się poznać i wymienić doświadczenia.
Na koniec żona dostała jeszcze zadanie kupienia na lotnisku butelki Teranino — trunku produkowanego w rodzinnej destylarni Aura na północy kraju, w miasteczku Buzet, regularnie wygrywającego międzynarodowe konkursy. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Chorwacji samochodem, warto się tam wybrać. Destylarnię można zwiedzać, a w trakcie wizyty degustować oferowane produkty.
Rejs był przyjemny. Chyba znaleźliśmy balans pomiędzy żeglugą, zwiedzaniem i odpoczynkiem. Każdy dostał coś z czego był zadowolony. Uśmiechnięte buzie dzieci i dorosłych być może były zapowiedzią kolejnych wspólnych wypraw.