zawiani.pl
Gran Canaria — Zachód Słońca nad Atlantykiem

Gran Canaria — Zachód Słońca nad Atlantykiem

Piotr Nowak Piotr Nowak
Marek Kowalski Marek Kowalski

28 sierpnia 2024

Gran Canaria to 'kontynent w miniaturze' — od piaszczystych wydm na południu po wilgotne lasy laurowe na północy. Rejs wokół wyspy zajmuje kilka dni i odkrywa niesamowitą różnorodność krajobrazów.

Trasa rejsu

Kiedy cumujemy w marinie Las Palmas po raz pierwszy, Gran Canaria wita nas gorącym powietrzem nasycon ym zapachem soli i suchej ziemi. Port jest gwarny, pełen jachtów z całej Europy, które zatrzymały się tu w drodze na Atlantyk lub - jak my - przybyły, by przez kilka dni eksplorować kanaryjskie wody. Wyspa od razu daje do zrozumienia, że nie jest miejscem jednorodnym. To kontynent w miniaturze, jak mówią sami Kanaryjczycy, i trudno się z tym nie zgodzić.

Pierwsze wyjście w morze planujemy na wczesne popołudnie, kierując się wzdłuż zachodniego wybrzeża. To właśnie tu, gdzie klify opadają wprost do oceanu, a drogi kończą się nagle na skraju wzgórz, żeglarstwo nabiera zupełnie innego wymiaru. Prądy przy zachodnim brzegu bywają podstępne, wiatr zmienia kierunek bez ostrzeżenia, odbijając się od masywu górskiego, który przecina wyspę niczym kręgosłup. Trzymamy się bezpiecznej odległości od skał, obserwując, jak fale rozbijają się o bazaltowe ściany z głuchym, rytmicznym hukiem.

Gdy słońce zaczyna opadać ku horyzontowi, wszystko się zmienia. Niebo nad Atlantykiem rozgrywa spektakl, którego żadna fotografia nie jest w stanie oddać w pełni. Pomarańcze i czerwienie mieszają się z głębokim granatem wody, cienie wydłużają się na pokładzie, a temperatura powietrza łagodnieje w sposób, który sprawia, że czas zdaje się zatrzymywać. To te momenty, dla których ludzie wybierają żeglarstwo zamiast hoteli z basenami.

Nocujemy w małej zatoce niedaleko Mogán, miejscowości zwanej wenecją Gran Canarii ze względu na kanały i kwiaty zdobiące jej centrum. Na kotwicy jest spokojnie, choć od czasu do czasu długa atlantycka fala kołysze jacht w sposób, który bardziej przypomina kołysankę niż zagrożenie. Na nabrzeżu świecą się światła restauracji, a zapach smażonej ryby dociera aż na pokład. Kolacja na lądzie jest krótka - chcemy wrócić na jacht, zanim pojawi się księżyc.

Następnego ranka wypływamy wcześniej. Mamy zamiar dotrzeć do Puerto Rico, jednej z bardziej popularnych marin na wyspie, ale droga jest po to, żeby ją smakować, nie skracać. Przy dobrym wschodnim wietrze lecimy spokojnie, obserwując sylwetki gór wyłaniające się ponad chmurami. Gran Canaria ma w zwyczaju chować swoje szczyty we mgle przez większą część dnia, odsłaniając je dopiero wieczorem, jakby rezerwowała najlepszy widok na pożegnanie.

W Puerto Rico marina jest nowoczesna i dobrze wyposażona, choć samo miasteczko jest trochę zbyt turystyczne jak na nasz gust. Wychodzi się z tego szybko, wynajmując samochód i jadąc w głąb wyspy. Roque Nublo, wulkaniczny monolit wznoszący się na ponad 1800 metrów, wygląda z bliska jak coś, co mogło wylądować tu z innej planety. Widok z jego podstawy na obie strony wyspy, na Atlantyk po lewej i po prawej, uświadamia skalę tego miejsca w sposób, którego nie zapewni żadna mapa ani zdjęcie satelitarne.

Ostatni wieczór spędzamy na pokładzie, z kubkami herbaty i bez żadnego konkretnego planu. Słońce schodzi powoli, jakby sam ocean wciągał je w głąb. Na horyzoncie pojawia się kontur Teneryfy, a nad nim - jeśli powietrze jest wystarczająco przejrzyste - można dostrzec śnieżną czapę Teide. To rzadki widok, który starzy żeglarze traktują jako dobry znak. My też tak to interpretujemy, choć wiemy, że przesądy na morzu mają wartość głównie sentymentalną.

Gran Canaria żegna nas tak samo, jak powitała - słońcem, solą i poczuciem, że wyspa zachowała coś dla siebie. Kilometry niezamieszkanych klifów, zatoczki bez nazwy na mapach, wiatr, który wieje tak, jakby nie wiedział o istnieniu rozkładów jazdy. Właśnie o to chodzi w rejsie, który nie ma napiętego harmonogramu - o możliwość zostania tam, gdzie jest dobrze, i odpłynięcia wtedy, kiedy przyjdzie na to czas.